CLVIII
Kiedy widzi, że nadciągają, hrabia Roland staje się mocniejszy, wynioślejszy, gorętszy. Póki będzie żyw, nie ustąpi im kroku. Dosiada konia, którego zowie Wejlantyf. Spina go szczerozłotymi ostrogami, w największej ciżbie przypiera ich wszystkich. Z nim arcybiskup Turpin. Poganie mówią do siebie: „Przyjaciele, uchodźmy! Słyszeliśmy trąby Francuzów: Karol wraca, potężny król”.
CLIX
Hrabia Roland nigdy nie kochał tchórza ani pyszałka, ani złośliwca, ani rycerza, który by nie był dzielnym wojownikiem. Woła arcybiskupa Turpina: „Panie, ty jesteś pieszo, a ja na koniu. Dla twej miłości dotrzymam tu pola. Razem ścierpimy złe i dobre: nie opuszczę cię dla żadnego żywego człowieka. Oddamy poganom wet za wet. Durendal to najlepszy mówca”. Arcybiskup powiada: „Hańba temu, kto dobrze nie bije! Karol wraca, pomści nas”.
CLX
Poganie mówią: „W złej godzinieśmy się porodzili! Co za bolesny dzień wstał dla nas! Straciliśmy naszych panów i naszych parów. Karol wraca, pan mężny, że swoim wielkim wojskiem. Słyszymy, jak grają donośne trąby Francuzów. Głośno się rozlega ich zawołanie: Montjoie! Hrabia Roland jest rycerz tak mężny, że żaden człowiek z krwi i ciała nie zwycięży go nigdy. Wypuśćmy na niego strzały, a potem zostawmy mu pole”. I wypuścili na niego grotów i pocisków bez liku, i włócznie, dzidy i pierzaste strzały. Złamali i przedziurawili mu tarczę, strzaskali i rozpruli pancerz; ale ciała nie dosięgli. Zranili wszakże konia jego trzydziestu ranami; pod hrabią ubili go na śmierć. Poganie uciekają, poniechali walki. Hrabia Roland został na miejscu, spieszony.
CLXI
Poganie uciekają, strapieni i gniewni. Pędzą do Hiszpanii z wielkim wysiłkiem. Hrabia Roland nie może ich ścigać: stracił swego dobrego rumaka; rad nie rad został spieszony. Idzie do arcybiskupa Turpina, aby mu nieść pomoc: odpina mu z głowy hełm wykładany złotem, zdejmuje mu biały lekki pancerz. Wziął swój kaftan i pociął go na sztuki; i utkał połami jego wielkie rany. Następnie wziął go w ramiona przyciskając do piersi; i na zielonej murawie ułożył go miękko. Bardzo łagodnie rzekł do niego z prośbą: „Ha, luty panie, puść mnie od siebie; nasi towarzysze, którzy nam byli tak drodzy, oto pomarli, nie powinniśmy ich opuścić. Chcę ich odszukać i rozpoznać, i przed tobą ich zgromadzić i ułożyć”. Arcybiskup powiada: „Idź i wracaj! To pole jest twoje, Bogu dzięki, i moje!”.
CLXII
Roland idzie. Idzie przez pola, sam, samiutki. Szuka po dolinach, szuka po górach. Tam znalazł Iwora i Iwona, a potem znalazł Gaskończyka Engeliera. Tam znalazł Geryna i Geriera, jego towarzysza, i potem znalazł Beranżyra i Atona. Tam znalazł Anzeisa i Samsona, i potem znalazł starego Gerarda z Rusylonu. Jednego po drugim wziął dzielny rycerz i wraca z nimi do arcybiskupa. U jego kolan złożył ich szeregiem. Arcybiskup płacze, nie może się wstrzymać. Podnosi rękę, daje błogosławieństwo. Potem rzecze: „Miłosierdzie nad wami, panowie. Niechaj wspaniałomyślny Bóg przyjmie wasze dusze. Niech je złoży w raju w święte kwiaty. I mnie jakże ciężko umierać! Nie ujrzę już mego potężnego cesarza”.