karcone dziecko, które ma uszy do słuchania, ale nóg wcale nie ma do
ucieczki.
Więc słuchasz.
Otwierają się przyparkowe brzozy, w każdym ich wątłym, spalinowym
słoju może mieszkać szczerozłoty koszmar. Kładziesz go na dłoni,
szperasz w benzynowych tęczach. Za siedmioma rzekami obce tęczówki
właśnie tracą kolor, wtórnie wychwyca się spod nich serotoninę i ranę,
żeby już za chwilę mogła stać się twoja.
Bez reszt.