do domu przypadkowym taksi, myślę o całowaniu, myślę o peronach,

na których moglibyśmy się żegnać, gdybyśmy jakimś cudem jednak się

spotkali.

Och, to nie przesada — czuję wolę bożą w te zorzyste noce. Lecz

w moim domu susza i zwiędłe paprotki, nikt tu nie zachodzi. Zamknąć

tu oczy znaczy patrzeć na łapki z soczystą słoniną, znaczy mierzyć się

z okazałym piętrem, znaczy rogowacieć. Mógłbyś wejść we mnie tak jak

w trzęsawisko.

Nieparzysty chłopcze, tuż za bzem na skwerze cała moja limfa;

całun z ust dobyty.