rękę podnoszę do góry i jakaś umowna sukienka
podkreśla mój ruch zapętlony, a potem rozbijam się
potykam i słyszę już śmiechy i chrząknięcia
Lubię rozbijać te piruety nieskończone
do krwi mieć te kolejne złamania wewnętrzne
mieć poczochrane włosy, sukienkę rozdartą upadkiem
tysiąckrotnie uderzać się o chłodną taflę i kusić
kusić CIĘ swymi upadkami
Piesń dwudziesta piąta. Zakład utylizacji odpadów higienicznych
Znów byłam zatrzymana w swoim pędzie dookoła