pełnym ciepła, wewnętrznej, radosnej pulchności

Spotyka mnie liżącą swoim różowym języczkiem ranę

Prawdziwe łobuziary łażą cały dzień po drzewach

nie schodzą na ziemię, tylko boleśnie spadają

na kolana, na kolana

Spojrzy na mnie bez pożądania, bez przywiązania

Podejdziemy do siebie w połowie drogi do Miąskowa

Na czarnym podłożu rzeczy wszelkiej pozdrowi mnie

pod naporem tak banalnie niezwykłego gestu rozpadnę się

na kawałki