Z bólem krzyża wylegiwałam się na skórach

szukając kolejnych ofiar mych kaprysów lata

wśród pięknego i młodego korowodu blondynów

Oto byli z prawej, lewej strony piękni phoibosi

grali jakieś stare, wierszowane pieśni z lutniami

Myślałam, jak rytmicznie wybijam im te nutki z ust

Czy jako bezzębni będą tak samo umuzykalnieni?

Uśmiechałam się do siebie, obmyślałam plan śmierci

wtedy podeszła do mnie półnaga piękność z owocami

czarownie pachniała nienawiścią, nierozpoznaniem