Traciłem swe rumaki ciągnące mój rydwan spalony

ich kopyta jakoś tak tętniły w coraz większym oddaleniu

Zrzucony ze swego słonecznego powozu dotknąłem ziemi

na której już nikt nie zamieszkiwał, porzucona w pośpiechu

Zdychałem przez kilka lat, doczekawszy niepełnosprawności

Zachowałem swój jad ukryty między zmarszczkami na zapas

by starczyło do końca tego niszczenia wszelkich przejawów życia

Me mroczne panowanie i regulacja buntów żelaznym drągiem

zanikało jakoś i bladło, znikał mój ostry blask z powidokami

W domu starców nikt nie chciał się mną zajmować i doglądać