W domu starców nikt nie chciał się mną zajmować i doglądać

Każdy się mnie bał, opowiadałem im o mym niszczycielstwie

o tych zależnych i zaciemnionych, powoli wzrastających w cieniu

Opowiadałem, jak odchodził Faeton pierworodnie niszczony

po miękkościach odsłoniętych, po miękkościach zasłoniętych

Pielęgniarki chowały twarze, a chłopcy ze wstrętem spoglądając

życzyli mi wszystkiego najgorszego, dużo chorób w dniu imienin

podawali mi papierosy, czekając, aż zgasnę, charcząc w dymie

Z czasem zmieniłem się w czerwonego olbrzyma1 obrzękniętego

Nowotwór wpompował w me ciało wiele powierza i wodoru