Bóstwa spokrewnione tłoczą się w tym niemiejscu, we mnie

Przekrzykiwania na ścianach przepaści, noszę ją w sobie

Nienawidzę ich, a oni mojej obecności, jednakże zmuszeni

Skóry po nas zostają, po bóstwach leśnych, prehistorycznych

Posłyszałam głos pojedynczy, zdał mi się jakoś rozpoznawalny

Szepcząc w mym uchu, umiejscowił się jak w niewygodnej pufie

Ten pisk, syczący torturował precyzyjnie dźwiękiem nieznośnym

Jego głos, trzeszcząca dźwignia kości zginająca, kości zrywająca

Zasypcie grubą warstwą żwiru to gnojowisko smrodem oszałamiane

Wszystko od niego ucieka, nawet on od siebie ucieka lękliwie