Nienawidzę najbardziej mego bytu skurczonego

wszystkiego, trwającego w nieśmiertelności mojej

Płaczcie, o piękne kobiety płatne i lakierowane

Zmuszajcie się, zmuszajcie się wzajemnie, podsycajcie

do żalu za moim wiecznym pogrzebem w listopadzie

Trwam z więdnącym wiankiem chryzantem na głowie

Odszedł ten, co podawał mi wino do ust, pragnąc mnie

bez niego wysuszona oceniam ciągle mą stratę wieczną

Brak mi teraz tych pieprzonych, pastelowych kolorów

kojarzących się z jego cichą obecnością w dalekich tłach