patrzyłam na agonię pełni i tej niby-nieśmiertelności

młodzieży, kwiatów, małych piesków, owadów

Te ramiona zgarniały wszystko dla siebie, dla mnie

Stałam się prawie legendą, żmijową panią ptaków

choć ma postura wykluczała aż takie okrucieństwo

Oleje wylewane pod me stopy, ścierane włosami

Popełniali samobójstwa przy białych winach

oni opiewający nieskończone, niedokończone

A ja chichotałam, patrząc, jak zdycha świat

piszczący i wznoszący ostatnie spojrzenia po litość