Odwiedzający kościół stawali przy tym grobie z zaciekawieniem. Słyszeli bowiem, że pewien botanik, który na koszt państwa zbierał wszystkie kwiaty i rośliny w całej dolinie i na otaczających ją górach, znalazł na tym grobie takie gatunki, jakich niepodobna wykryć w obwodzie kilkunastu mil wokoło.
Miało to ten skutek, że chłopi spoglądający dotąd z pewną pogardą na to, co zwali po prostu zielskiem lub chwastem, patrzyli teraz na kwiaty z pewnego rodzaju szacunkiem, a nawet z radością. Niektóre z nich były rzeczywiście niezwykle piękne.
Kiedy młoda para przechodziła koło grobu, Endrid poczuł, że dłoń Randi zadrżała w jego uścisku. Wydało jej się bowiem, że Ole Haugen dnia tego wstał z grobu i stoi tuż koło niej jako duch. Rozpłakała się znowu, płacząc, weszła do kościoła i płakała jeszcze w chwili, gdy zajęła swoje miejsce.
W ten sposób, jak dawno pamiętali najstarsi, nie wchodziła do tego kościoła jeszcze żadna panna młoda.
Siedziała i czuła doskonale, że teraz potwierdza się głucha wieść krążąca wszędzie, iż się „sprzedała”. Niesłychany wstyd, jaki stąd spadał na rodziców, sprawił, że skamieniała na chwilę ze strachu i łzy przestały płynąć z jej oczu.
Ale przy ołtarzu jakieś słowo pastora opacznie zrozumiane wprawiło ją w straszne podniecenie i naraz przygnębiło ją to wszystko, czego doznała w ciągu tego dnia. Wydało jej się, że od tej pory nie będzie śmiała spojrzeć ludziom w oczy, a zwłaszcza własnym rodzicom.
Pod tym wrażeniem zostawała przez całą resztę dnia i nie mogła też siedzieć przy stole podczas uczty weselnej. Gdy ją prośbami i pogróżkami zmuszono, by zasiadła wieczorem do stołu, zepsuła nastrój całego towarzystwa i musiano ją w końcu położyć do łóżka.
Wesele, które miało trwać cały tydzień, skończyło się smutnie tego samego jeszcze wieczora.
— Panna młoda zasłabła! — tak powiedziano wszystkim.
Mimo że nikt w jej chorobę nie wierzył, było to jednak w całej pełni prawdą. Randi nie była zdrowa i nigdy już nie odzyskała zdrowia. Skutkiem tego dała życie chorowitemu dziecięciu.