Przekonawszy się o tem i wiedząc, jak w samej rzeczy lekkomyślnie zawieramy dzisiaj związki małżeńskie, jestem zwolennikiem ułatwienia rozwodów. Nie można z zimną krwią powtarzać kobiecie zamężnej w odpowiedzi na jej skargi, że pożycie małżeńskie z każdem dniem coraz bardziej łamie i niszczy jej siły duchowe i cielesne — „cierp, masz dzieci, one jedynie cię ocalą”. Bo gdyby mogła znaleźć ocalenie w dzieciach, nie upadałaby w walce i nie skarżyłaby się wcale. Zresztą, czyż wiele pożytku przyniesie dzieciom matka, wymęczona i doprowadzona do rozpaczy? Nie, dopóki społeczeństwo toleruje wielożeństwo, powinno w pewnych wypadkach zgadzać się na rozwód. Oprócz tego, należy zaprzestać patrzenia na rozwódkę, jak na niegodną tego szacunku, na jaki zasługuje kobieta zamężna. Jeżeli kobieta odważa się zerwać węzeł małżeński, ażeby ocalić swą godność moralną, zasługuje wtedy na większy szacunek, aniżeli wiele z tych, które pozostają małżonkami i społeczeństwo powinno okazać jej ten szacunek.

Wreszcie sprobuję zwrócić jeszcze uwagę na potworne wykrzywienie ideałów, wyrażające się w tem, że wielożeństwo w oczach większości otoczone jest jakąś aureolą zuchowatości i sławy. Poruszyliśmy już sprawę tę wcześniej, mówiąc o próżnej namiętności podobania się, gubiącej młodzież naszą w ważnym „podstawowym” wieku. W samej rzeczy, jeżeli namiętność ta ogarnie człowieka wówczas, kiedy właśnie powinien wytwarzać sobie pewne poglądy na życie, kształtować konieczne dla każdego ideały życiowe, — to najlepsze siły swego organizmu zużyje w pogoni za uciechami i wstąpi w wiek męzki z przewrotnemi pojęciami i fałszywymi ideałami. Takie zaś znieprawienie moralne rozszerza się wśród nas coraz bardziej, we wszystkich warstwach społeczeństwa, od wspaniałych pałaców książęcych do ubogiej izby stróża.

Nie można powiedzieć, żeby kobiety ze swej strony starały się gorliwie przeciwdziałać temu złu, przeciwnie, nawet najczystsze moralnie, nie zdając sobie sprawy, służą tym fałszywym ideałom społeczeństwa.

Nie będę mówił o tych wszystkich formach i sposobach w jaki wyraża się to służenie, poprzestanę na jednej tylko wskazówce, którą chciałbym, o ile można, utrwalić w pamięci słuchaczów.

Widziałem na wystawie w Paryżu obraz znakomitego malarza, przedstawiający Don-Juana, ten idealny typ wielożeńca, w chwili kiedy odpływa do krainy wieczności. Przy sterze czółna stoi potężna figura komandora, obok niego Don-Juan z rękami, skrzyżowanemi na piersiach — postać wspaniała i spokojna, szczególną uwagę zwraca piękne czoło i głębokie, pociągające oczy, w które koniecznie chce się popatrzeć. U nóg jego siedzi Donna Anna a dalej Elwira. Obie załamują ręce, opłakując rozstanie się z nim i gotowe są towarzyszyć mu chociażby do piekła! Na brzegu widzimy 1, 003 kobiety, uwiedzione przez Don Juana w Hiszpanii tylko. Żegnają się z nim, wyciągając ku niemu ręce, jedne jęcząc i płacząc, drugie w milczącej rozpaczy. Można znaleźć wśród nich wszystkie typy lubieżności; są tu i blondynki i brunetki, i tęgie i szczupłe, i młoda dziewczyna, cała pokryta rozpuszczonymi włosami, i stara baba, która szlocha, patrząc na księżyc. Wszystkie są nagie, ale żadna nie ma tak wysmukłej kibici jak nasze modnie wystrojone damy! Na to właśnie chciałem zwrócić uwagę. Dla czego nasze młode mężatki i panny postępują wbrew naturze, dla czego tolerują to ich cnotliwe mamy? Oto dla tego, że jedne i drugie chcą dogodzić wynaturzonemu wskutek wielożeństwa gustowi mężczyzn. Chociaż współcześni lekarze nie dorośli do roli moralnych doradców społeczeństwa, w tym względzie jednak zrobili, co mogli, ostrzegali i wciąż ostrzegają. A tymczasem młode panny za zgodą swych matek sznurują się z niebezpieczeństwem życia. Weźcie ten drobny rys za punkt wyjścia i popatrzcie na okół, w naszem życiu towarzyskiem pełno takich objawów a społeczeństwo nie podejrzywa nawet, że zagrzęzło po uszy w dziedziczności szkodliwej.

W pewnej, niewielkiej szkole wojskowej w Norwegii był kiedyś nauczycielem wielki „talent etyczny” — Jurgen Mo, który został później biskupem. Wierzył on gorąco w dobre instynkty młodzieży i szczepiąc przekonania swoje słowem i czynem, tak podziałał na swych uczniów, że zawarli związek i postanowili zachować czystość do zaślubin. Zaledwie rozeszła się wieść o tem, inni młodzieńcy tworzyć zaczęli podobne związki, składające się czasem tylko z dwóch lub trzech członków.

Jedna z moich szlachetnych towarzyszek, mieszkająca w Stokholmie, opowiadała mi pewnego razu, że dowiedziawszy się o strasznej rozpuście, jakiej oddawali się uczniowie pewnego wyższego zakładu naukowego, niezmiernie obawiała się o swego syna, który tam się wychowywał. Wezwawszy więc syna, matka błagała go, ażeby przyznał się szczerze, czy on nie brał w tem udziału. Nie. Dla czego? Dla tego, że już wcześniej ostrzegała go matka. Łatwo sobie przedstawić radość matki. Niechże więc inne matki postarają się mieć taką samą pociechę ze swych dzieci.

Niech młode kobiety, przed wstąpieniem w związek małżeński, przekonają się o moralnej odpowiedzialności mężczyzny, któremu gotowe są powierzyć swój los. Czas już znieść niepoczytalność małżeńską wielożeńców. Dokonać zaś tego i obalić fałszywe ideały społeczeństwa może całkowicie kobieta; w jej ręku przecie znajduje się wychowanie dzieci.

Przypisy:

1. Jednakże w pewnej części społeczeństwa... potrzeby fizycznej — przed paru laty w Anglii, wyszła książka, (autorem jej okazał się lekarz!) wkrótce przetłumaczona na wszystkie prawie języki, która zalecała wolną miłość, z zachowaniem pewnych prawideł ostrożności — jako lekarstwo jedyne przeciw wielu chorobliwym dolegliwościom społeczeństwa. Obcowanie zaś płciowe, zdaniem autora, powinno zaczynać się u obu płci w 14–15 roku życia. Dzieło to wywołało u nas na północy cały szereg odpowiedzi w postaci książek, broszur i artykułów dziennikarskich [przypis autorski]