Nie probowałbym wcale doczytać tej książki do końca, gdyby nie podtrzymywała mię chęć dowiedzenia się o rozwiązaniu pytania: czy upadną, czy też oprą się uwodzicielom trzy opisane tam kobiety, pochodzące z uczciwych rodzin. Okazało się, że niepodobna było zbić ich z drogi obowiązku. Sens moralny książki Jaegera zawiera odpowiedź na postawione przeze mnie wyżej pytanie. Bywają, zresztą, wyjątki, niemniej wszakże nikt (oprócz chyba dotkniętych satyriasis), nie pozwoli sobie wątpić, że postępująca ludzkość w każdym razie nie wyrzecze się tego moralnego i fizycznego ozdrowienia, którego dokonała w rodzaju ludzkim kobieta wiernością zasadzie wstrzemięźliwości i jednomęztwa.
II
Dotychczas istnieją jeszcze społeczności, a nawet całe narody, które z wymagań wstrzemięźliwości i wierności jednemu zrobiły prawo, obowiązujące tylko kobiety, mężczyźni zaś trzymają się wielożeństwa. Wśród najlepszych przedstawicieli jawnego wielożeństwa, mahometan — powstała już jednak pewnego rodzaju sekta, wymagająca ścisłego jednożeństwa, i ta forma pożycia małżeńskiego, jak słyszałem od pewnego profesora z Upsali, który długo przebywał wśród mahometan, zdobywa coraz większe upowszechnienie i prawa. Tak zresztą być powinno. Wielożeństwo wogóle prowadzi jedynie do fizycznego i moralnego osłabienia narodu. Stosunek do kobiety, jak do zwykłego przedmiotu kupna i sprzedaży, wcześnie znieprawia ciało i ducha młodzieży, skutkiem zaś życia haremowego dążenie do jakiegokolwiek udoskonalenia moralnego obcem jest temu, pogrążonemu w leniwej, lubieżnej ignorancyi społeczeństwu, pozbawionemu czujnego i pokrzepiającego wpływu kobiety — towarzyszki. Niema co wspominać o tem, o ile takie społeczeństwo zostaje w tyle poza naszem w dążeniu do powszechnego postępu ludzkości.
Wśród amerykanów wielożeństwo również ma jeszcze wielu przedstawicieli w osobach sektantów — mormonów; szczególnie zaś kwitnęło ono w niedawnych czasach niewolnictwa w Stanach południowych. Niewolnictwo i wielożeństwo zawsze idą w parze, jawna więc walka o wyzwolenie niewolników była zarazem tajną walką o zniesienie wielożeństwa, wywierającego wogóle nader demoralizujący wpływ na społeczeństwo.
Ludzie owych czasów jakby zupełnie zapomnieli, że wyższa siła i moc społeczeństwa spoczywają w jego moralności; powoli jednak wytworzył się inny pogląd na tę sprawę, który w ciągu stulecia wysunął się wreszcie na pierwszy plan. Ale co się działo w początkach tego ruchu! Pierwsi głosiciele wolności, kobiety (one były pierwszemi) i mężczyźni nie mogli nawet zmusić, ażeby ich słuchano, kiedy zaś sprawa posunęła się nieco, osypywano ich szyderstwy i wymyślaniami, następnie oskarżano o dążenia, podkopujące podstawy społeczeństwa i państwa, o zamach na wolność i majątek współobywateli.
Wszyscy, co posiadali władzę, majątek i znaczenie — duchowieństwo, senat, kongres, prasa, wszyscy powstali przeciw nim i wielu ze szlachetnych bojowników złożyło życie w ofierze za swą sprawę. Do mówców, wzywających społeczeństwo do zniesienia niewolnictwa — jawnie strzelano na zebraniach publicznych3. Wreszcie namiętności rozgrzały się do najwyższego stopnia: rolnicy, kupcy, uczeni porzucili swe zajęcia i chwycili za broń i między północnymi i południowymi Amerykanami zawrzała straszna, bratobójcza walka. Stany niewolnicze miały pod pewnym względem przewagę wojskową, dla tego z początku północni ponosili klęski, ale to nie odebrało im męztwa, przeciwnie, z większa jeszcze energią skupili się około sztandaru wolności i nakoniec zwyciężyli. Jakież warunki podyktowali zwyciężcy? Uwolnienie wszystkich niewolników i nadanie praw obywatelskich wszystkim bez wyjątku. Zwyciężcy nie żądali ani piędzi ziemi, ani grosza konstrybucyi: wolność i równouprawnienie obywateli — oto co było powodem i celem wojny. W historyi powszechnej nie spotykamy wojny, która wynikłaby z bardziej czystych pobudek i zakończona została pokojem, opartym wyłącznie na tryumfie zasady moralnej.
W swoim czasie miałem szczęście spotkać kilku z tych mężnych ludzi, którzy przyczynili się do wspomnianego rozbudzenia sumienia publicznego, np. Elżbietę Stanhope i Roberta Ingersolla. Prowadziłem też z nimi rozmowę o wielożeństwie i żeby dać pojęcie o oburzeniu, z jakiem o tem wyrażali się, przytoczę kilka słów z ognistej mowy Ingersolla: „Żaden język na świecie nie może wypowiedzieć, jaką szkodę wyrządza społeczności wielożeństwo; czyni ono kobietę ofiarą podstępu i przemocy. Mężczyznę zaś zamienia w drapieżnego zwierza, gotowego rzucić się w otchłań występków i zbrodni, byle tylko zawładnąć kobietą. Głęboko nienawidzę i pogardzam każdą doktryną społeczną, która nie opiera się na czystej, świętej zasadzie rodzinnej; cała cywilizacya, cały postęp opiera się na niej, wszystkie cnoty koncentrują się około ogniska domowego, gdzie jeden mężczyzna kocha jedną kobietę. Najwięcej wyrażające, najcenniejsze treścią wyrazy na świecie to: moja narzeczona, moja żona, mój ojciec, moja matka, moje dziecię. Pozbawiony tych słów świat — jest legowiskiem, a ludzie — zwierzętami dzikiemi.”
Teraz, wreszcie doszliśmy do tego, z powodu czego zdecydowałem się głównie zabrać głos w danej sprawie. Czy wielożeństwo, które praktykuje w młodości większość nas, nie sprowadza żadnej szkody, czy też ślady jego zaciera późniejsze nasze wstąpienie w związki małżeńskie. Czyż znajdzie się kto tak naiwny, żeby uwierzył temu?
Nie, wielożeństwo, to szalone trwonienie samego siebie częściowo, przemienia źródło naszej siły w największą słabość naszą, wynaturza w nas wzniosłe uczucie miłości i pociąg do piękna, właściwe duszy ludzkiej.
A zaczynając od ostatniego, tj. od pociągu do piękna, czyż można odmawiać doniosłości tego rodzaju wynaturzeniu. Poczucie piękna najsilniejszem bywa w tym ważnym okresie życia człowieka, kiedy, że tak powiem, układają się podstawy jego działalności życiowej, we wrażliwym wieku młodzieńczym. W tym czasie dusza tak silnie wchłania wszelkie wrażenia, tak silnie oddziaływają one na wolę, że człowiek staje się podobnym do instrumentu muzycznego, którego struny nastrajają z kolei w domu, w szkole, w towarzystwie — każdy wypadek, każde słowo, każda przeczytana książka. I oto właśnie w tym czasie, ukradkiem przed rodzicami i wychowawcami, wbrew własnemu sumieniu, dokonywa się to, co jaknajbardziej obraża poczucie piękna, co wypieka na twarzy rumieniec wstydu, dokonywa się jedynie dla tego, że wyobraźnia młodzieńca zatruwana jest brudnemi rozmowami i złymi przykładami. A biada mu, jeżeli nie zatrzyma się wczas, jeżeli da się pociągnąć po tej śliskiej drodze — wkrótce dusza jego zeschnie, poczucie piękna zamrze w niej na wieki, a nawet sąd moralny może się tak skazić, że człowiek straci zdolność odróżniania szlachetności od podłości. Iluż ludzi płaci później fatalnemi omyłkami przy wyborze dróg życia za to, że poczucie piękna wcześnie zbrukało się i skaziło w ich duszy.