A niech nikt nie myśli, że choroba ta jest pośród innych plebejuszem, nie, dostaje się ona wszędzie, nawet do najwyższych warstw społeczeństwa.
Pewnego razu zdarzyło mi się rozmawiać z lekarzem, specyalistą od chorób płciowych, a teraz znanym chirurgiem. W rozmowie dotknęliśmy niedawno poruszonej kwestyi: jak należy zapatrywać się na łatwe związki młodych ludzi z kobietami. Obaj doszliśmy do tego wniosku, że gdyby nic więcej nawet nie mówiło przeciw tym stosunkom, to sam ten fakt, że w ten sposób kobieta może uledz zarazie, którą następnie przeleje na swe potomstwo — wystarcza do ich potępienia.
Tak, społeczeństwo nie podejrzywa nawet, jak dokładnie w ostatnich czasach specyaliści zbadali wszelkie objawy tej choroby; nie wie, że wszystkie te zepsute zęby, słabe oczy, uszy i inne ułomności ciała — to dziedzictwo samozniszczenia, jakie przekazali nam przodkowie. We Francyi oddawna zjawia się mnóstwo prac specyalnych w tym przedmiocie, należałoby więc przetłomaczyć chociaż niektóre i rozpowszechnić je jak najszerzej. Nic bowiem nie rozbudza tak silnie sumienia, jak wiedza.
III
Jakież mogą być środki do walki z „wielożeństwem,” które wyryło takie głębokie ślady w dziejach rodu ludzkiego i podkopało jego zdrowie. Przedewszystkiem należy przezwyciężyć panującą w społeczeństwie obojętność względem tego zła; następnie natchnąć męztwem i nadzieją tych, którzy, chociaż pojmują całą doniosłość i konieczność rozstrzygnięcia tej palącej sprawy społecznej, ale pod naciskiem mnóstwa ujemnych faktów przestają wierzyć w możliwość postępu moralnego i uważają, że walka jest daremną.
Na ulicach Londynu można spotkać człowieka, wożącego i pokazującego taczkę z umieszczoną na niej klatką, w której siedzą razem pies i kot, kilka szczurów, myszy i ptaszków, podczas zimy kot i pies tulą się do siebie, a szczury, myszy i ptaszki chowają się w ciepłej ich sierści. Odwieczni wrogowie mogą się więc tak zaprzyjaźnić w jednem pokoleniu! Czyż można wobec tego wątpić o moralnej sile wychowania?
Tymczasem od chwili, kiedy wywody naukowe o „prawie dziedziczności” stały się udziałem powszechnym, wielu zaczęło wątpić o sprawie wychowania. Ale trzeba tylko wniknąć głębiej w istotę tego prawa, a stanie się jasnem, że tego rodzaju zapatrywanie jest błędnem. Mianowicie, prawo dziedziczności bardzo jest szerokie. W dziedziczności krzyżuje się tysiące wpływów i żaden człowiek nie rodzi się wyłącznie w złych warunkach. Zadanie wychowania polega na odszukaniu wpośród tych wpływów takich, które mają najwięcej szans rozwinięcia się i utrwalenia i — stosownie do potrzeby — na tępieniu ich lub pielęgnowaniu. Dla tego nie wolno twierdzić, że prawo dziedziczności znosi lub sprowadza do zera sprawę wychowania, przeciwnie, umiejętnemu wychowawcy może być ono bardzo pomocnem.
Za najlepszego wychowawcę przyzwyczajono się powszechnie uważać matkę i mamy dowody, że tak istotnie bywa, ale czy zawsze? Kto przeważnie wychodzi za mąż? Najładniejsze i najbogatsze dziewczęta, tj. te właśnie, które zepsute są pewnymi przywilejami, a więc nie posiadają ani cierpliwości, ani poświęcenia, ani szczególnej znajomości ludzi, słowem przymiotów, niezbędnie potrzebnych wychowawcy. Szczególną spostrzegawczością i przenikliwością mogą przecie odznaczać się nie te dziewczęta, którym nigdy nie braknie kawalerów do tańca, ale te, które zawsze siedzą; kiedy bowiem pierwsze tańczą, drugie — obserwują. Jakże często widzimy, że matka musi sama siebie powtórnie wychować, zanim się stanie zdolną do wychowania swych dzieci. Zbyt często bywa także, że dziecko odziedzicza po matce wady i złe skłonności, które ona wbija w nie i pielęgnuje. A jakie są w istocie te wiadomości, z któremi młoda kobieta przystępuje do wychowania dziecka! Bo i skąd mogła nauczyć się czegokolwiek pod tym względem? Jeśli matka jej nie miała młodszych od niej dzieci, to umie ona zaledwie karmić i powijać niemowlę, nie mówiąc o czem innem, a tymczasem, jak słusznie mówi dr. Blackwell, w tym już okresie życia, kiedy dziecię spoczywa w pieluchach, trzeba zaczynać pracę wychowania fizycznego i moralnego. Czy wiele matek wie o tem? Nieźle byłoby wogóle, gdyby rodzice współcześni częściej zapytywali sami siebie: czy rzeczywiście są najlepszymi wychowawcami dla swych dzieci, lub czy też nie powinni pomyśleć o dobraniu sobie pomocników. Szczególnie ważną rolę w sprawie wychowania gra szczerość wychowawców z wychowańcami. Szczerość jest bezwarunkowo konieczną nawet po dojściu młodych ludzi do pełnoletności i jeżeli sami rodzice nie są w stanie wzbudzić jej lub podtrzymać, co bardzo łatwo może się zdarzyć, to należy znaleźć człowieka, który potrafiłby to uczynić. Szczerość zresztą powinna obowiązywać nietylko jedną stronę, nie, musi być ona wzajemną; wychowawca powinien otwarcie mówić o wszystkiem z wychowańcem, nawet o takich dziedzicznych lub innych wpływach na niego, które należy pokonać. Słowem, wychowanie powinno stać się sumienną, wzajemną pracą; prawo dziedziczności to nam dyktuje właśnie.
Najpiękniejszem, najbardziej pocieszającem w tem prawie jest, mojem zdaniem, to, że jest ono nie tylko „prawem zachowania” ale i prawem „naturalnego doskonalenia się.” To ostatnie określenie było zaprzeczanem, następnie jednak pozyskało znowu uznanie. Co do mnie, mocno wierzę w niezłomność tego prawa i mogę nawet skonstatować je w swojej własnej rodzinie (większość słuchaczów prawdopodobnie może zrobić to samo), polega zaś ono na tem.
Jeżeli ja odziedziczę jakiś dodatni rys charakteru lub zdolność i następnie rozwinę ją w sobie do pewnego stopnia doskonałości, być może do stopnia talentu, a później będę miał dzieci — to te ostatnie mogą odziedziczyć po mnie nietylko ową zdolność, lub rys charakteru, ale i siłę (energię), na pracę w celu udoskonalenia się zużytą. Przeciwnicy zaś tego określenia zbijali je, dla tego zapewne, że chcieli, ażeby zdolność lub skłonność odziedziczaną była w tej samej formie, w jakiej po raz pierwszy się ujawniła, czego niepodobna oczekiwać, wpływ bowiem drugiego z rodziców (i inne wpływy poboczne), powodują, rzecz jasna, pewne zmiany w przejawianiu się zdolności.