Atlung wstał pierwszy i wziął starszego chłopca na rękę, żona zaś młodszego, nie pozwalając się w tem nikomu wyręczyć; i obsypując dziecko pieszczotami. Potykała się kilkakrotnie, upadła w końcu, lecz żadnej pomocy przyjąć nie chciała. I spojrzała w niebo, jakgdyby chcąc zapytać, jakże się to wszystko stać mogło. Stina podniosła dziecko, ktoś inny jej wstać pomógł; chłopiec zaczął znów matki wzywać, lecz mąż wziął i jego i poszedł szybko naprzód, pobiegła za nimi i żona, obsypując dzieci wraz z mężem pieszczotami.

A kiedy ich tak we mgle śnieżnej widziałem płaczących i pocieszających dzieci, pomimowoli dawne myśli zbudziły się w pamięci.

Dwaj biedni malcy chwycili starszych za słowo, ku ich wielkiemu przerażeniu. Gdybyśmy mieli prawo tak myśleć, to dzieci, choć nam tego powiedzieć nie mogły, szukały rzeczywistości wyższej, nad tą, którą my znamy.

Wierzyły w coś bardziej, niż my, kochającego, w lepsze, niż nasze, życie. Z tą wiarą, śród śniegu i zimna, cudu oczekiwały. Gdy grzmot targnął powietrzem, zadrżały może w oczekiwaniu — a tylko przez śnieg zasypane zostały.

Ilu miały poprzedników?

VII

Natychmiast prawie opuściłem Skogstad, nie pożegnawszy się z Atlungami. Do stacyi dostałem konia. Śnieg padał jeszcze trochę, ale chmury coraz się rozpraszały i światło księżyca lśniło coraz jaśniej. Las wyglądał, jak naród złamany i zwyciężony; ciężar, który nosił, większy był niż jego siły. Stał jednakże cierpliwy, szczyt, przy szczycie, bez końca; to był naród czasów zamierzchłych. I widziałem w wyobraźni mojej pokolenia zanikłe, śród mgły i pyłu, nie poznające się nawzajem, walczące przeciw sobie, zabijające się minami nawzajem; ale tumany pyłu, zawsze wznosiły się ponad niemi. I ja widziałem wśród nich wszystkich tych, co rany mieli, co umrzeć musieli. Dostrzegłem wśród nich, tkliwe, delikatne dusze, które dokonywały rzeczy najszczytniejszych i najpiękniejszych, jak owi duchowni lekarze egipscy, którzy chorych i umierających ratowali od śmierci a na rany kładli lekarstwa mistycznych symboli.

Ale stosunki społeczne, najświeższej nawet, doby ostatniej, widziałem pokryte, grubemi warstwami pyłu. Uwolnić życie od nich, znaczyłoby zburzyć cały dzisiejszy porządek społeczny.

Obrazy te stawały się coraz bardziej męczące; wypłynęły za to z nich, co tylko przeżyte chwile; słyszałem żałosny, gorzki płacz dzieci, które kochające ramiona unosiły z jednej warstwy pyłu, w drugą, jeszcze większą.

Wydostałem się nareszcie z lasu samego i jechałem wzdłuż niego drogą, prowadzącą do stacyi na górę.