— Widzę po twojej twarzy, że wiesz dobrze, — odszepnęła.

— Amelio! — zawołał i upadł przed nią na kolana, złamany i zbolały.

— Ja nie tak myślałam, — odparła szeptem, ledwie dosłyszalnym.

— Co takiego? Amelio?

Oczy jej znów zapełniły się łzami, podniosła na niego swe wielkie cudne oczy.

— Ja nie chciałem ich tobie odbierać!

Nie śmiał już o nic pytać, aczkolwiek słów jej nie rozumiał jeszcze. Przypuszczał, że się podczas jego nieobecności coś stać musiało, co rozstrzygnęło losy jej życia lub śmierci. Ale rozumiał, że jeżeli natychmiast nie odejdzie, to zabije ją wyrazem swej twarzy; odgadnie wszystko. Pobiegł do gabinetu i upadł na sofę. Przywołał Stiny.

— Co się tu dziś rano stało? — spytał.

Stina nie umiała mu nic powiedzieć. Doktór nie był, miał nadejść później.

Poznał sam i wybuchnął płaczem. W dużym pokoju usłyszał swoje własne łkanie, i zadrżał całem ciałem. Czuł to dobrze teraz, że odtąd sam tu teraz siedzieć będzie i tygodniami całymi słyszeć to łkanie. I w bezmiernej tęsknocie ujrzał jej obraz przed sobą: szła ku niemu, taka biała i tłómaczyła mu czego nie rozumiał. Modliła się żarliwie i gorąco, aby jej Pan Bóg z dziećmi nie rozłączył, teraz wysłuchaną została, ale okrutnie, bo je ze sobą w krainę śmierci zabierze. Dlatego mówiła, że nie tak myślała, że nie chciała ich z nim rozłączać.