— Że też pan musiał także o kurzu mówić!

— Nie dotknąłem pani przecież?

— Czyż pan może to przypuszczać? — I najnaturalniejszym w świecie tonem dodała:

— Człowiek, który przeżył dziewięć lat z Albertem, nie może się już nigdy czuć dotkniętym.

Czułem się zakłopotany. Po co się u licha mieszałem w nieswoje rzeczy. Zamilkłem. I ona siedziała, a raczej wpół leżała, nic nie mówiąc. W końcu jednak usłyszałem słowa, jakby z oddali płynące:

— Ale pył motyla jest jednak piękny, i po długiej chwili, półgłosem wypłynęło na usta jej pytanie:

— Łamanie się promieni... rozmaite łamanie promieni... — zatrzymała się nagle, nadstawiła ucha i wstała; usłyszała kroki Atlunga w przedpokoju. I ja też wstałem.

IV

Drzwi otwarły się szeroko i wszedł wysoki, szczupły mężczyzna w obszernem ubraniu, noszącem na sobie ślady pracy w fabrykach.

Przymrużył zlekka oczy, ujrzawszy mnie i po chwili uśmiech zagościł na długiej twarzy. Prześliczne białe zęby zalśniły i zawołał szczerze ucieszony: