— Głupota plus galopująca czerwonka. Znowu obżarłeś się rzepą, draniu. Surowizna na twój delikatny żołądeczek to śmierć. Mogłeś sparzyć i nie tłumacz się brakiem opału. Nikt nie uwierzy. A skąd tyle żarcia wziąłeś? Dziesięciu zdrowych na twoim miejscu wyciągnęłoby kopyta. Nic surowego na czczo. Podziękowanie, następny.
— Ranny, puśćcie do doktora!
W ogonku powstało zamieszanie, potem wystąpił do przodu Mundek Buchacz, niosąc na temblaku pokaźnych rozmiarów zawiniątko, w którym tkwił skaleczony palec. Dr Obuchowski uśmiechnął się na jego widok.
— Nareszcie coś. Pokaż. Zdarty paznokieć? To rozumiem. Łupinę od ziemniaka, na to szmatkę, na to czerwoną nitkę i tak trzymaj dwa dni. Bandażem możesz się podetrzeć. A jak nie wyzdrowiejesz, to cię zabiję. Marsz, następny!
Fajga w milczeniu obróciła Lejbusia twarzą do lekarza. Uśmiechał się nieśmiało, piąstką ocierał złuszczone wargi. Ostrzyżona po tyfusie czaszka kołysała się na chudej szyi. Dr Obuchowski wyjął słuchawkę z uszu.
— Zaraz pójdziesz do apteki na Chłodnej, wiesz gdzie? Parę kroków. Każesz sobie podać butelkę tranu. Grosze, akurat na twoją kieszeń. Trzy razy dziennie łyżka stołowa. Możesz moczyć mu w tranie suchary, krasić zupę, w razie potrzeby ziemniaki. Ja tego paskudztwa do ust nie brałem, Lejbuś. Karmili siłą, zatykając mi nos. Ale dzisiaj? Nie ma rady. Podziękowanie, następny!
Stali za szopą Mordchaja Sukiennika, w głębi drugiego podwórza, w miejscu, gdzie dawniej furman zrzucał sterty zzieleniałej słomy i nawozu. Zagon lekkiej ziemi garbił się na wyrównanym byle jak rumowisku. Elijahu wbijał kołki w grunt. Ogonek przed lekarzem malał i coraz cichszym echem tłukło się w załomach ruin jego pokrzykiwanie.
— Następny, ępny, ępny.
Wiatr podrywał w powietrze wirujące kłęby kurzu. Osuwały się omdlałym, tanecznym skrętem. Elijahu chwycił łopatę.
— Mam ci dać całą Australię z kangurem i trzy Luksemburgi za tą kancerę bez rożka i z takim prześwitem?