— Wystarczy — przerwał dziadek ze swojego kąta. — Już, dosyć. — I wuj Jehuda posłusznie zamilkł, z rozpędu wydając parę niewyraźnych, gniewnych parsknięć, jak zatrzymany w biegu koń. — Widzicie go, ludzie, jak się rozgadał? — Śpiewnym, modlitewnym głosem napominał: — I rozwiązał Bóg usta oślicy tej. — A potem zwyczajnie: — A, żeby ci tak pypeć na języku wyrósł i odebrał mowę, amen.

— Amen — powtórzył z pasją wuj Szmuel. Wtedy dziadek przyjrzał mu się uważnie.

— A jaki tam klimat, na tym Madagaskarze, Szmuelu? — zapytał łagodnie, z jadowitą słodyczą w głosie. — Znośny?

Ciotka Chawa z hałasem odsunęła krzesło, wstała i wyszła do kuchni.

Wuj Szmuel nerwowo poprawiał krawat.

— Aś, aś, aś.

Dawid, że był najmłodszy przy stole, trzymał kołatkę. Dłoń miał spoconą już i mokrą. Gdyby kołatka bez potrzeby zaklekotała, to co wtedy? Co ojciec powie? Co powie ciotka Chawa? Oj, nie. Kiedy dziadek zacznie czytać Pismo, będzie musiał pilnie uważać, żeby nie przepuścić żadnego Hamana. Ile razy padnie głośno to imię, tyle razy uniesie kołatkę wysoko, obróci — „mocniej! mocniej!” — i klekotem zagłuszy pamięć o wrogu. Tak, tak powinno być. A w bóżnicy słyszał, jak na dźwięk tego imienia Żydzi tupali nogami, szurali ławkami, z trzaskiem otwierali i zamykali drzwi. Podniósł się ciężki, duszący kurz, zaszamotały się gniewnie tałesy. W poszumach chust, w chmurze pyłu zatarły się i pociemniały postacie. Twarze w modlitwie. Twarze w gniewie. Twarze w trwodze i w porywie gorliwego uniesienia. Uczynił się wielki zgiełk, zgiełk bez słów, wypełniony wzburzonymi oddechami, mściwym posapywaniem, milczącym buntem tłumu. Pamięta, jak się bał wtedy. I jak ostry głos kapłana jednym długim i natarczywym zaśpiewem uciszył gniew i dalej ciągnął opowieść.

— Dora, skosztuj — mówi ciotka Chawa, wnosząc talerze. Placek utarła z brukwi i parzonych kartofli, a potem upiekła to wszystko razem na oleju, z odrobiną razowej mąki, z paroma ziarnami sacharyny i ersatzem o nazwie proszku jajecznego. Co robić? Wspomina święta, dawne święta, kiedy w blasku świec jarzących się w srebrnym lichtarzu wjeżdżały na stół ryby woniejące szafranem, gęś z przełamanymi skrzydłami, słodkie wino, orzechy, ciasta aż brunatne od nadmiaru wanilii i cynamonu. Co, Dora nie znosi smaku wanilii? A ona znów nie wyobraża sobie bez tego świąt. A kugel? Dora też robi bez korzeni? No, nie. Naturalnie, z korzeniami, ale sama nie je. To mogłoby dla niej wcale nie istnieć. Dziwne, co?

— Niech mu będzie tort na imię — mówi wuj Gedali. Rusza uszami na widok placka ciotki Chawy, a minę ma taką, że chłopcu naraz robi się weselej. Patrzy szybko, ukradkiem na dziadka. Czy dziadek widzi, czy udaje, że nie widzi?

— Smakuje jak tort od Gajewskiego — mówi Dora Lewin. — Pyszne! Gdzie ty kupujesz ersatze, Chawa? Mnie jeszcze nigdy ciasto tak nie wyrosło. Dasz mi swój przepis. — I wytwornie skubie placek z brukwi. A ciotka Chawa śmieje się już głośno i z ulgą na ten widok. W pokoju rozchodzi się gorzko-mdły smród brukwi i spalonego oleju. Ciotka Chawa wyraźnie czeka na dalsze słowa uznania.