Długi Icchok smętnie czochrał łopatki okryte krostami i sterczące ostro na chudym grzbiecie. Długo, cierpliwie tkwiąc w drzwiach szopy, w głębi której niska koza prychała słomianym ogniem i pąsowiała rumieńcem przelotnego żaru, mrugając od tego blasku zaropiałymi oczami, niezrażony krzykiem ani smagnięciami bata w powietrzu, czekał, aż minie burza i będzie mógł wsunąć się w ciemny kąt na stos worków, pod stertę siana i słomy. „Rabuśnik!”. Tak wołali za nim mieszkańcy kamienicy, wszyscy, od suteryn po strych, a Chaskiel przepędzał trupio szarą zjawę w łachmanach jednym machnięciem miotły. Wracał chyłkiem i chował się na ciemnych schodach, znienacka wyrywał przechodzącym staruszkom brukiew; obrabowani rozbiegali się w długiej sieni z cichym piskiem myszy.

Na środku podwórza wyjął malcowi marchewkę z ręki i obojętnie schrupał. — Oddaj, złociutki — prosił Lejbuś. — Taki kawalątek chociaż. Taki — pokazywał na palcu.

Akurat, zobaczy swoją marchew. Prędzej tutaj na ręce zobaczy kwitnący kaktus, na dachu zeszłoroczny śnieg, klacz zaprzężoną do dryndy i Mordchaja na koźle w dorożkarskim deklu.

Kiedy Długi Icchok przełknął i zamierzył się, Lejbuś uciekł na drugie podwórze. Po chorobie skóra luźno wisiała na łuszczącej się twarzyczce, pomarszczonej i znikomej.

— Koniku, koniku — szeptał w pustej stajni. — Brylantowy konisiu, ja ci dam cukier. Ja ci dam łąkę. Ja ci dam pałac... ja ci dam wszystko.

Przez otwarte drzwi widać było, jak Lejbuś długo stoi z czołem opartym o pusty żłób.

— Buba! Buba, córuchno moja, co ty tak długo tam robisz?

Papierny, któremu nogi odjęło, wołał ze swego łóżka i grzechotał blaszanym garnuszkiem, w którym tkwiła łyżka.

— Idę, idę.

W gęstniejącym zmierzchu unosiło się natarczywe, ckliwe mamrotanie przekupek, które zwijały stragany przed bramą.