Szmaty fruwały po ulicy. Awrum zgubił chleb. Wpadli razem na ścianę, tarmosząc na sobie resztki łachów, tłukąc się niedołężnie i bezładnie młócąc powietrze trepami; z rozpędu potoczyli się, dzwoniąc zębami na kamieniach, i znów zerwali na nogi, a Dawid chwycił Awruma za uszy i zaczął tłuc jego głową o mur, aż latała z boku na bok. Sapał; ciemno miał przed oczami, a z tej ciemności dobiegał go śmiech tragarzy i skarżący się głos:

— Za co? Za co?

Gromadził się tłum, a stary tragarz stał obojętnie wsparty na dyszlu.

— No, no, dosyć, smarkateria. Starczy tego dobrego.

Wybiegła przed dom Rywa z krzykiem:

— Żydzi, wy stoicie spokojnie i patrzycie na to, jak ten bandyta w biały dzień morduje mojego Awruma?

Krzyk Rywy, jej potargane włosy. Tragarze wsparci na dyszlu, uśmiechnięci beztrosko. Dawid patrzył na to, jak przebudzony ze snu. On tu stoi? Wstyd mu było i nie wiedział, dlaczego. Awrum klęczał w podartej koszuli, zasłaniając ręką usta pełne krwi, która sączyła się na łachmany.

— Tknąć mojego Awruma, a jego zdrowie wisiało na nitce. Co ja mówię? Na włosku... A teraz Awrum leży i się nie rusza. Leży i się nie rusza.

Rywa ocierała oczy wierzchem dłoni, a potem dłonie ocierała o ścierkę.

— Ja go urodziłam, pod sercem nosiłam. Własną krwią wykarmiłam, słoneczko moje. I musiał przyjść taki bandyta bez litości, bez sumienia... Czekaj, czekaj, powiem twemu ojcu!