Elijahu stał na podwórzu i śnieg topniał mu na twarzy; machał nagląco ręką, gwizdał, wsuwając dwa palce między zęby.

— Schodzisz czy nie schodzisz, Dawid?

A on potrząsał głową, dalej stercząc w oknie. Milczał, patrzył w niebo z wyrzutem, jak więzień pozbawiony wolności, i myślał o hr. Monte Christo. Widział, że Elijahu odwraca się, z pogardą wtyka pięści w kieszenie i głośno szurając zerwaną podeszwą znika w ciemnej bramie. Żal mu było siebie, żal Elijahu i żal tego, że nie umie gwizdać na palcach jak on. Tymczasem prof Baum schował niedopałek papierosa do małej kieszonki w kamizelce, zarzucił na ramiona koc przed chłodem, mówiąc:

— Czas na mnie — ale nie odchodził.

Na dzisiaj dosyć.

Dawid wysunął szufladę, w której chował zeszyty i wszystkie książki. Stała na podłodze pod łóżkiem. Przewracał odarte z okładek, żółte i brudne, sypiące się stronice.

Z książki kartka wypadła. Był to list. List zaczynał się tak: „...na rany Chrystusa, człowieku!”

Żyją jak na froncie. Niemiec w każdej chwili może wpaść, wygnać w pole do łopaty, a wszystko ma być otwarte na oścież, chlew, stodoła, i śpią, nie zdejmując butów. W miasteczku Żydków odrutowali, to się nazywa Judenstadt, potem spędzili tłum innych Żydków z całego powiatu i za te druty. Giną nago prawie i na mrozie, bo budy marne i pomieścić nie mogą całego narodu.

Przedtem za druty rzucano im po kawałku chleba z litości, ale za taki kawałek chleba kara śmierci przez powieszenie.

Co nie wymarło, poszło w pole. Swoi swoim doły kopali i swoich grzebali w tych dołach. A sami kładli się na wierzchu. Za drutami zrobiło się pustawo, ale Niemiec poszedł po rozum do głowy i doły kazał z powrotem rozgrzebać. Co tam zostało, do lasku wozić i palić. We dnie czarny dym wali słupem pod niebo, nocą ogień wielki buzuje.