— Nie, nie. Są ze mną.

Ojciec starannie usuwał źdźbła trawy morskiej z rękawów koszuli, a mecenas Szwarc czekał. Wyciągnął rękę i ta ręka zawisła w powietrzu.

— Przybijmy interes, Fremde. — Matka odwróciła się i schowała twarz. Wuj Jehuda sapnął i na to dziadek uniósł głowę. Stare, wyblakłe oczy spoczęły na Szwarcu. — Fremde, nie ma o czym mówić, wszystko rozumiem. Chodzi o warunki. Płacę, ile?

Ojciec wzruszył ramionami i rozłożył je sztywno. Wciągnął szyję i wygląda to tak, jakby ramiona wyrastały mu z uszu.

— Nie chcę mieć takich interesów. — Powieki opadły, brwi uniosły się na czoło. Skronie zmarszczyły w grymasie. A kiedy otworzył oczy — mecenas Szwarc nadal siedział przed nim na krześle z wyciągniętą przyjaźnie dłonią.

— Zapewniam, każda cena jest dla mnie do przyjęcia.

— Żadna cena nie jest dla mnie do przyjęcia.

— Dlaczego? Czy ja chcę kogo oszukać? Ograbić? Mówię, że zapłacę? Kto ma być stratny? Każdy wie, że Szwarc nie mówi byle czego. Szwarc mówi prawdę i tylko prawdę. Moi klienci coś o tym wiedzą. W razie czego potrafię dostarczyć żelaznych gwarancji. Proszę, płacę z góry!

— Mnie niepotrzebne są żadne gwarancje, nawet wystawione tam — i ojciec uniósł wysoko palec, wskazując sufit.

— W porządeczku, jesteśmy w domu. Jutro rano niech mały zajdzie do mnie. Dam mu adres i wskażę żółtego, który ułatwi przejście.