Ja byłem”.

X

Dawid wracając z tamtej strony zbliżał się do domu i z daleka już wypatrywał okna zaklejonego na krzyż dwoma paskami papieru. W nieopalanej ruderze Natan Lerch drżąc i kostniejąc zarzucał na ramiona gruby łachman; z okna na pierwszym piętrze, gdzie za szybą bielała jego wymęczona, spalona gorączką twarz, widać było zaułek aż po skrzyżowanie Ciepłej, przekupki wrzeszczące wniebogłosy za stołkami, mrowie żebraków krążących niedołężnie koło wachy, którędy wracali szmuglerzy z towarem. Słońce zachodziło za brudną chmurą i w szarówce pełgało drżące światło pośród ciemnych i niewyraźnych postaci, mętnych cieni rozpływających się w godzinie zmierzchu. Ulica konała w dzikim ruchu; bezładny szum i zgiełk, lament, tupotanie drewniaków na kamieniach, okrzyki rzucane donośnie z jednej strony muru na drugą. OD-man z pałką wychodził przed kuchnię gminną, ocierał usta i coś tam wołał, a tłum odpowiadał mu wściekłym chóralnym wrzaskiem, tłukąc miarowo blaszankami, dzwoniąc łyżkami. Gołębie w popłochu zrywały się w powietrze i nisko, bezkarnie krążyły nad wachą. Tłum czerniał w słabym, sinym świetle zapalonych raptem latarni i miasto połykała noc.

Natan Lerch wychodził do sieni i ukradkiem odbierał od Dawida swoje zakupy. Wśród nagich oszronionych ścian, z których sącząca się wilgoć odklejała podarte tapety, za powybijanymi szybami zatkanymi niechlujnie dyktą, ścierką, na podłodze odartej z desek, którymi palono, by ogrzać jakoś tę jaskinię, poniewierały się w nieładzie materace i na tych sypiących się materacach spoczywało pokotem kilkanaście rodzin, „dzicy” lokatorzy, którzy znaleźli tu swe ostatnie schronienie. Powaleni gorączką głodową dogorywali na gałganach rozpostartych w kątach, wśród rozsypanego pierza, wodząc oczami za żyjącymi. Fajwel Szafran spuchł i konał tu całą zimę, nie mając sił udać się na miasto po jałmużnę ani po wodziankę z kuchni gminnej, obity dotkliwie przez przechodniów za nieudaną kradzież, rozpaczliwy i niedołężny rabunek pożywienia. Siedział za dnia oparty o ścianę, rozpięty, senny, z opuszczoną nisko głową, a długie włosy spadały skołtunione. Obrzękłe nogi leżały martwo na ziemi jak słupy. Na szarożółtawej skórze, napiętej i lśniącej, sączyły się pod dotknięciem jego paznokci strumyczki przezroczystej cieczy, które krzepły i zasychały. Kąsany przez insekty, czochrał się do krwi. Wieczorami ożywiał się na krótko i modlił, a wtedy ukazywał pociemniałą twarz, małe oczy w wywiniętych szeroko krwawych jamach-powiekach.

Całą zimę „dzicy” lokatorzy Natana Lercha umierali w kątach milcząc, a na ich miejsce zjawiali się skądś nowi przybysze, wędrujący uliczkami małego getta w poszukiwaniu dachu nad głową. Kiedy Natan złożony gorączką leżał samotnie w pustym, obszernym lokalu po starych Lerchach, którzy zmarli jesienią na galopującą czerwonkę — trzy pokoje z kuchnią, służbówka, alkowa — zagnieździły się tam pierwsze rodziny wysiedlonych. Pewnego dnia obudził się obok Długiego Icchoka, który chrapał mu w nos i ronił wszy. Umknął do alkowy; zaciągnął tam żelazne łóżko, siennik i tam spał. W czasie wielkich mrozów uciekinierzy z prowincji opuszczali masowo swe nory w ruinach, wdzierali się do otwartych mieszkań i rozkładali zawiniątka, gdzie tylko mogli znaleźć kryjówkę przed śniegiem. Meble rąbali na opał; czego nie można było spalić, wynosili na sprzedaż. Rozciągali słomę na podłodze, worki, rozkładali legowiska i przesypiali noce z głową na węzełku, by rankiem stanąć w ogonku do kuchni gminnej i ziewać, kuląc się z chłodu w szarówce, żebrać na trasie kolumny roboczej, która pod strażą opuszczała mury, handlować pozostałym dobytkiem, kraść. Ponuro pikietowali (na tekturze jedno słowo: „Głód”), wziąwszy dzieci za ręce, i znużeni nieśmiałym, wstydliwym wołaniem o jałmużnę kładli się na bruku całymi rodzinami, a kiedy nie mieli już sił unieść się z miejsca, kurczowo podciągali pod siebie nogi, wyzbyci trosk — i na łasce ulicy pozostawiali malców, skomlących przy wystygłych zwłokach jeszcze długo, póki i ich nie dobiło zimno, pragnienie i głód. Komu starczyło sił, wlókł się po całym dniu żebraniny z powrotem do rudery, aby przetrwać pod dachem jeszcze jedną noc. Tłum krążył, konał pod gołym niebem, wędrował z ulicy na ulicę w poszukiwaniu chleba, w nadziei na przypadkowy zarobek.

Jakiś czas chodził Natan Lerch na Leszno i grał po południu na swych słynnych skrzypcach kawałki do tańca w restauracji „Pod Rybką”. Afisz wisiał u wylotu Solnej, koło drewnianego mostu, i Dawid tam przeczytał: „Na czole programu atrakcja siłowa i żongler...” Arena, parometrowy krąg między krzesłami, oświetlona była zimnym światłem trzech wiszących lamp karbidowych, a goście siedzieli przy stolikach jak na dworcu, w rozpiętych płaszczach, w swetrach i w wiatrówkach, w narciarskich butach, w futrach, rozmaicie. Błazen w pstrych bufiastych majtkach wychodził i kładł palec na ustach; potem fikał koziołki, mówił dowcipy o Hitlerze. Ukazywały się w kolorowych gimnastycznych kostiumach chude szkielety bezrobotnych cyrkowców. Podrzucali butelki, talerze i kule, a żylasty siłacz z bicepsami, które napinały się jak baloniki w powietrzu, odstając od kości rąk i nóg, stawiał sobie na ramionach lekką dziewczynkę i pokazywał akrobatyczne sztuki, dysząc ze zmęczenia i szczerząc zęby. Miała niebieski trykot i białą baletową spódniczkę, a złote buciki. Drżała z zimna. Dawid, Elijahu i Zyga klaskali na ulicy. Widocznie publiczność „Pod Rybką” domagała się odmiany i po cyrkowcach Natan Lerch wszedł na afisz i znalazł chwilowo kawałek chleba.

NATAN LERCH ARTYSTA Z SAN FRANCISCO

BĘDĄCY PRZEJAZDEM W GETCIE

DA JUTRO KONCERT

DLA PT SZANOWNEJ PUBLICZNOŚCI