Ubranie na człowieku zdziera się i obraca w łachman, twarz jego suszy pragnienie i głód, długotrwała głodówka przemienia go w szkielet złożony ze skóry i kości — na ostatek opadają łachmany, nawyki i człowiek znów jest tym, kim był zawsze. Głodnemu trudno ukryć swój głód i każde spojrzenie, ruch ręki go zdradza. Patrząc z przestrachem na tłum „dzikich”, wypełniających ruderę na pierwszym piętrze, Dawid z rozpaczliwą jasnością myślał, że im już nic nie pozostaje do ukrycia. Przypadek ślepo, bezsensownie miotał nim i do tej pory zawsze jakoś mógł się wykaraskać; przypadkowi zawdzięczał, że nie spoczywa na Okopach. Jak niewiele było trzeba, aby stać się skomlącym, bezsilnym zdechlakiem. A kim był, że jemu należy się inny koniec? I jak to się stało, że otwierają się przed nim przejścia, które były zamknięte dla innych? Czuł się winny wobec tych, co nie mieli siły żyć.

Odwaga jawiła mu się w postaci małego, ordynarnego człowieczka, który umie giąć kark i uczyni wszystko, aby przetrwać. Sam siebie widział takim. Skrytym wzruszeniem i dumą darzył w pamięci tragarza z Solnej, Arona, który padając pod kulami jeszcze pięścią żandarmowi pogroził; małego Chaima, który pobiegł pod lufy, gdy już nie mógł głodu wytrzymać. Odwaga tych, co chcieli istnieć, graniczyła z poniżeniem i wymagała wyrachowanej, tępej uległości. Okazało się na ostatek, że śmiałością jest samo pragnienie życia. Jakże mogło być inaczej? W chwilach zniechęcenia lekceważył wszystko; w takie dni z pogardą przechodził środkiem strzeżonej ulicy i zaciskając zęby, oblany potem, zbliżał się do żandarma, który szturchnąwszy go wyrozumiale kolbą w plecy, przepuszczał swobodnie z żywnością. Gardził wtedy Niemcami i tymi, którzy skomląc żałośnie czekali niezdecydowani, błagali o łaskę śmiejącego się strażnika. Gardził wówczas całym światem; ktoś czynił zło, ale ktoś inny na to zło się zgadzał. W dziecięcych rojeniach wszystko było takie proste! Gdyby Żydzi rzucili się z oskardami na mury, getto przestałoby istnieć. Zauważył, że dorośli są tchórzami z rozsądku. Nie stawiali oporu, a przecież szczeniakeria dawno wprowadziła w czyn lekkomyślną ideę — biegła tłumem na oślep przed siebie i strażnik mógł oddać parę strzałów w pośpiechu, trupem na miejscu położyć jednego, drugiego, kiedy reszta cało i bezkarnie przekraczała mur z triumfalnym wrzaskiem. Dlaczego? Żywność była droższa i bardziej warta ocalenia niż życie: myśl ta zajęła dużo miejsca w pustych łebkach małych szmuglerów.

Niekiedy otrzymywał dziwaczne, niepojęte polecenia. Dr Obuchowski wypisał przy nim receptę i z nią Dawid poszedł za mur. W aptece przyglądano mu się; nie wiedział, że recepta go zdradziła, bo stary lekarz w roztargnieniu użył druczka ze swym nazwiskiem i adresem. Zwrócono mu ją bez słowa, a dr Obuchowski palnął się w czoło i wykrzyknął, że jest dardanelskim osłem. Co za szczęście ma ten mały.

Dawid uśmiechał się skromnie, zasługę po cichu przyznać musiał aptekarzowi. Ostrożnie przeniósł zastrzyki w małym chlebaku i patrzył, jak dr Obuchowski kłuje chude nogi Natana Lercha i przelewa w nie bezbarwną ciecz, zawartość szklanych ampułek. Dr Obuchowski, w zarzuconym na palto białym fartuchu, uniósł strzykawkę pod światło, poprawił ostatni raz igłę, odciągnął energicznie wiotką skórę wiszącą na ciele chorego i powoli wstrzyknął lek. Nakłucie okrył watką umaczaną w niebieskim spirytusie.

— Charłactwo, drogi Natanielu. Organizm sam się spala. Oddaje więcej niż wchłania. Najpierw idzie tłuszcz na ogień, a potem? Samospalenie.

Przecierał nakłucie i oglądał, znów przecierał starannie. Ciasnym kołem otaczał go wyległy z kątów tłum. Mówił:

— Umieracie przez samospalenie. Nikną mięśnie, wiotczeje i złuszcza się skóra, miękną kości. Tak, moi drodzy. To, co miało chodzić dumnie wyprostowane na dwóch nogach, zaczyna pełzać na brzuchu. Król stworzenia zamienia się w pełzaka.

Rozległ się chichot.

— To wcale nie śmieszne. O, nie! Kurczy się śledziona, żołądek, nerki, wątroba. Wspaniały narząd maleje do rozmiarów orzecha i tak właśnie wygląda wątroba charłaka. Płuca słabną, serce przestaje należycie pracować. Pompa ustaje. Zaczyna się głodowa śpiączka. Ospałość. Apatia. Letarg. Stopniowo cały organizm ulega samozatruciu. Brak pokarmu, tlenu, krwi, tkanek. Na tym polega charłactwo. Co ja wam poradzę, moi drodzy charłacy? Zastrzyk, proszek? Bzdura! Trzeba żreć, żreć, a tego nie nastarczę nikomu, nawet samemu sobie. Trzeba słońca, a tego nie stworzę. Trzeba powietrza, a ja nie jestem Panem Bogiem. Jestem tylko małym, zagonionym lekarzem, który zdarł już niejedną parę butów na tych schodach.

Dr Obuchowski wrzucił brudną igłę do niklowanej puszki. Pogrzebał w niej pincetą i wyjął inną. Osadził.