— Mordarski, skąd ten brzuch? Ty, chodź do mnie, ty!
Szedł kupiec Mordarski w rozpiętym futrze — wierzch z angielskiego sukna na cybetach i szalowy kołnierz z wydry — poruszając cicho tłustymi, mokrymi wargami. Jeżeli dwunastu szmuglerów nosi dwa razy dziennie po trzy kilo słoniny przez mur, to ile Mordarski zarobi w okrągły tydzień? Trzeba uczciwie odliczyć prowizję tragarzy, zysk pośrednika, łapówkę dla żandarma, straty towaru i zabitych. Na czysto wypada... cicho, sza! Małka zabiegła mu drogę.
— Idziesz, serce, idziesz?
— Mam czas, poczekam.
— Mordarski, żyjesz faszerowany gęsimi skwarkami, ale zdechniesz jak wszyscy!
— Tfu, niedoczekanie — kupiec Mordarski splunął i szedł dalej, kończąc przerwany rachunek. Powietrze tego dnia było lekkie. Oddychał, liczył.
Maszerował sobie na wachę Loniek Papierny z żółtą opaską OD-mana, z pałką gumową u pasa, skrzypiąc nowymi oficerkami. Odpasiony na policyjnym chlebie, wyrzucał wysoko kolana i przybijał obcasem. Przecierał rękawem sztywny otok czapki. Z daleka na jej widok kpił:
— Hrabia Grandi kłania się nisko szanownej damie. Idziesz, Małka, idziesz?
— Z tobą nigdy.
— Życie to taniec szkieletów na bosaka... z figurami! Małka, do pary ciebie mi trzeba.