W głuchej złości podciągnęła na plecy spódnicę i pochyliła się stękając, ciężka, spuchnięta, a księżyc zabarwił żywym światłem wypięty bezwstydnie goły zadek, jak wielką żółtą dynię.
Następnego dnia trącił zwłoki Długiego Icchoka przechodzący tamtędy Eliasz-Pogrzebacz i okręciwszy rzemień wokół sztywnych stóp, powlókł ciężar na wózek. Trochę dalej, za rogiem, leżała Małka, której przymrozek do krwi pobruździł skórę. Długim, uważnym spojrzeniem wiodła po ulicy, póki szkielet Długiego Icchoka nie spoczął na wózku, i grube łzy ściekały po drętwiejących policzkach, bo przymrozek tego wieczora chwycił ostry. Stary tragarz podszedł jeszcze do niej, popatrzył, pokiwał ze zrozumieniem głową, kiedy bezsilnie poruszała wargami nie mogąc wydobyć głosu, i na pożegnanie wyraźnie powiedział:
— Jutro, z samego rana. Długo nie będziesz czekała.
XI
Czy to wesz go ugryzła?
Zimne, białe, odrętwiające światło i jego wstrzymany oddech. Pochłonięty tym widokiem patrzył na obnażone lewe ramię, gdzie parę punkcików rosło i nabiegało krwią. Przypomniał sobie, że tutaj gdzieś pozostał mu ślad szczepienia ospy, promienista plamka, która zawsze przejmowała go jednakowym zdumieniem. Musiał dobrze przechylić głowę, a wtedy ujrzał, jak małe, ciemne krostki szybko rosną w górę i już sterczą na skórze wysokie brodawki koloru zakrzepłej krwi. Usiłował je policzyć i wiedział, że się budzi. Rosły w skupieniu, takim małym, urwanym kręgiem. Nie mógł oczu oderwać od swego ramienia i ze zgrozą, wstrętem ujrzał pięć wypustek na własnej skórze, rozwijających z wolna i płynnie kapelusze. Teraz już dobrze je widział, oddalały się z szumem ulatującego snu, wrośnięte w płat żywej skóry. To były grzyby, psie grzyby!
Tak się zaczęła choroba, w gorączce i we śnie. Ledwo otworzył oczy, wstrząsnął nim kaszel. Jakby wypluć musiał żelazną, ostrą miotłę, która drapie i piecze. Na skórze już szerzyły się plamy i wkrótce okryły całe ciało. Wiedział, co to znaczy. Potem plamy pociemniały, sinoczerwonawe i wysypka przybrała kolor krwisty. Ile to czasu minęło? Oślepiony gorączką próbował się powoli ubrać. Przed oczami ciemne koła wirowały, migały, zatapiając go całego w rosnących kręgach fal. Z drewniakiem w ręku siedział martwo, czując, jak kołyszą nim wyczuwalne podmuchy, a to tylko gorączka wypełniła mu donośnym sykiem uszy i słowami przyplątanej skądś piosenki. „Kamień na kamieniu, na kamieniu kamień, a na tym kamieniu jeszcze jeden kamień...” Jak przez dym widział żółtą twarz ojca, ziemiste jamy na skroniach matki. Z oddali, chwiejnie, kołysane podmuchem sunęły ku niemu ich wydłużone postacie. Pochyleni nad nim brali jego ręce w swoje zimne ręce i oglądali; coś tam mówili. Niebo za oknem wdzierało się do środka jak zielony gaz. Szary świt wlókł się bez końca w ciemnym mieszkaniu i wstawał dzień pod zdechłym psem. Sznurował buty i płakał ze złości, że jest taki słaby. Plama ze ściany rzuciła się na niego jak zwierzę. Niepewnie schodził po schodach trzymając się mocno poręczy. Zdawało mu się, że nadal śni, a dawno już szedł podwórzem. Ciemność ogarnęła go zupełna i na końcu bramy majaczyło przed nim słabe światełko. Szedł w jakimś ważnym celu, był tego zupełnie pewny, ale zapomniał, po co. Na ulicy Chaskiel-stróż okrywał zwłoki papierem. Okrywał papierem zesztywniałe zwłoki z podkurczonymi nogami, zwinięte w kłębek, a stare gazety ostro szeleściły w jego rękach. Był wiatr, więc przykładał je bryłkami połamanych cegieł, chwytał, przytrzymywał sunące chodnikiem płachty. „Komu jest lepiej?” Martwy leżał z kawałkiem chleba w ustach. A Chaskiel przyglądał się swemu dziełu, sapał. „Człowiek spala się jak świeczka, nawet nie wiadomo, kiedy”. Dawid nie miał sił iść dalej, zresztą zapomniał już dokąd. Sztywno stawiając nogi wrócił na górę, ubrany położył się na łóżku i myśląc o tym, że pragnie się okryć, już nie zdążył się okryć i zasnął. Ostatnim spojrzeniem z bliska zmierzył brudną rękę, która spoczęła na jego czole. Świat zmalał do snu.
Był seder. Siedzieli przy stole, połykając suche rodzynki, pijąc z maleńkich kieliszków wino, trawiąc słowa Hagady, a Dawid cicho i cierpliwie czekał na proroka Eliasza u końca stołu. Aż zasnął, ułożywszy głowę na łokciu. Kiedy otworzył oczy, plamy czerniały na krzywo zsuniętym obrusie i dopalone świece spływały ciepłymi soplami ze świecznika, rozpraszając duszącą woń kopciu. Noc, noc świąteczna dopełniała się we śnie obżartych i opitych. Księżyc błądził po srebrnym talerzu i cichym światłem mżyły wszystkie znaki zodiaku. Sennie wodził palcem, rozpoznając zatarte figury, wyryte na starej, pogniecionej od użycia blasze. Ciężki łeb z ostrym rogiem, to Byk. Szóstka i dziewiątka, to Rak. Wysoki grzbiet z pętlą długiego ogona, to Lew. Fale, to Wodnik. Trzy kreski i okrąglutki brzuszek, to Panna. Widok z boku. Wielkie rogi zakręcone ku dołowi, to Baran. Widok z przodu. Skorpion, ledwo widoczny, zarośnięty smugą zielonej śniedzi. Waga, zatarta i brudna, okryta starymi plamami. A Ryby pokłute widelcem. Obrócił lekką obręcz, szybko. Migot, ruch. Tańczą kołem, wirują na pociemniałym niebie wszystkie znaki zodiaku. Ale kielich obok talerza był pusty. Przyglądał się temu nieufnie, z nadzieją spłoszoną potężnym chrapaniem, które burzyło nocną ciszę. Kto wypił wino proroka? Samo się wylało? Ah, to pewno... Matka nazajutrz szarpała ojca za ramię, bo spał do południa, chrapiąc i gwiżdżąc. A to był już czas iść do bóżnicy. „Ty zapijaczona mordo, co ty sobie właściwie myślisz?”
Nad Bimą175 wznosiła się wielka Arka176. Dwa złote lwy w skoku. Wspierały z dwóch stron prawo i strzegły, położywszy kosmate łapy na tarczach i przykazaniach. Winorośl wyciągała swe gałęzie i oplatała nieznużonymi ramionami lwy, tablice i przykazania. Tylko ptaki mogą opaść na ramiona winorośli tak wysoko. Ich otwarte dzioby ponad wiszącymi gronami, ich skrzydła trzepoczące w krótkim locie, pazury szukające miejsca na gałęzi, by usadowić się tam wśród słodkich jagód. Ptaki krążyły górą, lwy spoczywały na tarczy, a dołem lśniły ogniki oliwne leciutko kołyszące się, ruchliwie kołyszące się wśród żywych oddechów. Wyniosła Arka górowała nad tłumem, nad złotymi lwami, drzewkiem winorośli rozpostartym na tkaninie, płomykami oliwnych lampek wzdłuż ołtarza. Na ścianach pyszniły się butwiejące makaty, sczerniałe skarbony, ciężkie lichtarze, blachy połyskujące jak przyćmione stare lustra. Światło świec lało się zewsząd i rodały177 tonęły w białym blasku niekończącymi się zwojami. Już zamknięto szafę ołtarzową, wzniósł się śpiew, jasność spłynęła na modlących się Żydów. Na rozkołysanych ramionach skrzyły się świąteczne tałesy, a z tyłu dobiegało dzwonienie łańcucha. To w przedsionku pokutnik z obrożą na ręce i obrożą na karku powinien modlić się w odosobnieniu, żebrak tego świątecznego dnia powinien kołysać kajdanami, przykuty do kuny178. Skruchę okazywać za grzech, czy poniżeniem płacić za jałmużnę? Nie wiadomo; w każdym razie tam już nie sięgało światło świec, tam nie strzegły lwy przykazań. Tak daleko nie sięgały gałęzie winorośli rozpiętej szeroko nad modlącym się tłumem. Nagle twarz śmiertelnie blada ukazała się w okienku wysoko i znikła, a po chwili buchnął stamtąd śpiew kobiet.
„Alle Juden raus179!” Gdzie jest? Czy to znów oni? Słychać trzask podkutych butów, trach-tarach, jedno ramię, jedna noga, trach-tarach, patrol jak na paradzie macha kończynami. I krzyk. „Ruhe180!” Idą. A tam już kubeł piasku przygotowany stoi sobie na ulicy. Cicho i posłusznie skazani idą pod murek. Następny, następny. Ręce na kark. Plecy o ścianę. A tymczasem patrol przygląda się im ciekawie, tym, co stanowią cel. Unoszą karabiny; będą tak składać się do strzału, znów opuszczać broń do nogi całą wieczność. Ktoś komuś wydaje rozkazy, ktoś inny tłumaczy na rozkaz. Tłumacz ma zeza ze strachu, długie brudne paznokcie, mówi głośno i powoli jak nieobecny, a patrzy w zupełnie inną stronę. Ci, którzy stoją pod murkiem, rozumieją wszystko i bez niego. Jak ich sprzątną, on położy głowę ostatni. Jakiś żandarm denerwuje się, wścieka, każe parchom być cicho. „Du, komm hier, Knabe. Du hast Glück. Du bleibst leben. Weg181!” Macha ręką. Jak się który poruszy, to... Dobra, następna grupa. Ale szybko, nie będzie przecież nocował tutaj z powodu paru wszawych łebków, które się same pchają pod lufę. Dobrze liczyć, trzydziestu i ani jednego mniej.