— Abram, to ty? Abram... odpędź szczury!
I nagle rozległ się straszny szloch mężczyzny, a dziecko cichutko oderwało się od zwłok kobiety na podłodze i raczkując posuwało ku żywym.
— Abram?
Nalegał ten sam głos. A inny:
— Kto ukradł moją aluminiową miskę z monogramem? Niczego nie można schować. Złodzieje, wstyd!
Ktoś podnosił materac, na którym leżał, wzniecał kurz narzekając, ktoś inny cisnął miskę z rozmachem przed siebie; stuknęła o ścianę i potoczyła się z brzękiem po podłodze. Ciotka Chawa rzuciła się ku nim z wołaniem:
— Żyjecie? Wy jeszcze żyjecie? Boże, jak to dobrze... że was widzę. Jakow, Dawid, to ja!
Nieskładnie, szybko mówiła o jakiejś rewizji, o żandarmach, o zastrzelonej w bramie rodzinie, o wyprowadzeniu zakładników na Gęsią, o chorym wyrzuconym przez okno z piętra, o sąsiadach zabarykadowanych we dnie i w nocy. Nie można było jej poznać; peruczka krzywo zsunięta na ucho odsłaniała spocone czoło. Dotykała ich z rozpaczliwym lękiem, że za chwilę rozpłyną się w mroku i znikną. Zaglądała im w oczy z bladym uśmiechem, niziutka, unosząc się na palcach. Szybkimi ruchami poprawiała grubą pończochę, która luźno opadła na ciepły bambosz odsłoniwszy suchy, owrzodzony piszczel.
— Jak ja wyglądam? Z tego wszystkiego już zupełnie niepodobna jestem do człowieka, co?
Minąwszy rozłożone bezładnie barłogi odnaleźli dziadka na końcu rudery, w maleńkim pokoiku zawalonym stosem modlitewników, gdzie okno zakryte było zakurzonym tałesem. Ciśnięte filakterie rozwinęły się na podłodze i zwoje rzemieni czepiały się nóg. Wyschnięty trup z jarmułką na głowie siedział sztywno przy stole nad otwartym Pismem. Żółć ustami puszczona wyciekła mu na brodę i przegryzła karty rozłożonej księgi. Obok, po prawicy leżała na stole siekiera.