— Czekaj na mnie — powiedział. — A jakby co, to Albinosa pchnij. Niech da nura z całym majdanem. Niech wystawia kejsef245 na melinę Barucha Oksa. Oks przechowa do motja246. Pamiętaj, mieszkania numer dwanaście — i ręką wskazał oficynę z bramy. — No, lecę! A nie łazić na górę, póki sam nie zejdę. A gdyby ktoś schodził po was, mówić, żeby mnie wpierw puścił na dół. Inaczej nie.

— Dobra, dobra — poganiał Ernest. — Idź.

— Spokojnie, Albinos. — Dawid pytał: — Może iść na wydrę?

— Tamten? — Elijahu pomyślał, machnął ręką. — Dopóki kejsef247 jest u nas, nie będzie ligał248. Nie ruszy. A jakby co, to dam zeks249. Dawid — i do ucha mu szepnął — to chałef250, stary pies. Może być chatranka251.

I pognał schodami na górę, przeskakując po dwa stopnie na raz. Słyszeli tupot i jak zatrzymał się; pierwsze piętro. Tupot, drugie piętro. Tupot, a potem cisza. Tamten mieszkał na trzecim piętrze. Nawet nie wiadomo, czy zwyczajny łobuz, czy do tego jeszcze policjant. Z Elim tak zawsze, w największy deszcz szuka rynny. Dawid myślał, co gorsze? Ernest pytał, czy tamten facet może zrobić Elijahu krzywdę. Dawid potrząsnął kieszenią, aż złom zabrzęczał.

— Masz, słyszysz?

— Ja bym za nic nie poszedł sam do meliny. — Ernest przysunął się blisko, blisko i złożył dłonie.

— Ty! Ty a Eli to duża różnica. — Patrzył na swoje brudne ręce i na brudne ręce Ernesta.

— Nawet nie wiadomo, co to za jeden. — Ernest miał szeroko rozwarte oczy i rozpaczliwie mrugał bladymi rzęsami.

— Taki sam bandzior jak my, wiesz już teraz kto?! — Ernest cofał się przed nim. — Taki sam, tylko jeszcze cwańszy! Bądź spokojny, włos ci z głowy nie spadnie, żadnemu z nas. Dopóki nie dostał niczego do ręki, on ciebie, Albinos, nie ruszy. — Ernest cofał się w głąb bramy. Dawid wyciągnął chudą pięść. — Masz cykorię252? — Ernest potknął się i usiadł na schodku. — Masz cykorię, mów!