— Dokąd?

Odpowiedział mu krzyk, śmiech.

— Wal z nami, Caban. Tam dają kilo chleba i pół kilo marmolady na łepek.

— Naćpasz się za wszystkie czasy, Caban.

— Jeszcze ci mało, głodomorze?

— Masz u mnie podwójną marmoladę. Słodkiego do ust nie biorę. Przez te zęby!

— Faktycznie — powiedział Mordka Caban i biegiem puścił się za swoimi. Unosił wysoko czoło, prężył się i poklepywał zawieszony na ramieniu chlebak.

Szli przed siebie brzęcząc i tłukąc menażkami, dzwoniąc łyżkami o miski, wybijając takt na starych skorupach, które nieśli ze sobą w drogę. Tram tara ram tam; tara rara ram tam. Ze śmiechem ciągnęli na rampę kolejową na Stawki i okrzykom nie było końca. Jakaś kobieta rzuciła się między nich, powtarzając bez ustanku jedno i to samo imię, ale odtrącona na bok dziesiątkami suchych rąk bezradnie stała obok mijających ją szeregów w zgiełku, krzyku, chaosie rozmów i nawoływań. Uniosła ramiona i rzuciła się jeszcze raz za nimi, a potem bezwolnie wróciła na chodnik między zatrzymanych. Żandarm uśmiechał się przyzwalająco, ze zrozumieniem kiwał głową, a szczeniakeria szła dalej w swoją stronę. Błyszczące dziko oczy, ostrzyżone gładko czaszki, szare, kanciaste i nieforemne, przesuwały się ulicą, a drewniane trepy trzaskały o bruk, czyniąc niesamowity hałas, klekot, stuk i wydawało się, że chcą porwać za sobą stojących, a ci pod konwojem czekali cierpliwie na swą kolej i oddalający się szum setek małych drewniaków wzburzeniem, gniewem, bezsilnością odzywał się w ich sercach.

Skąd tylu? Z daleka otworzyła się przed nimi brama na dany przez strażnika znak. Szli żywi, silni tym dzikim upojeniem, które ogarnia tłum. Szli, wiedząc dokąd idą.

Dwie budy stały już na ulicy przed domem, Niemcy biegali po schodach, a Chaskiel-stróż bił młotkiem w szynę. Szyna wisiała koło trzepaka na wypadek pożaru, obok na długim łańcuchu wisiał też młotek. Dawniej, kiedy trwał nalot, najpierw rozlegały się syreny w browarze u Haberbuscha, potem Chaskiel stukał w szynę i ludzie schodzili do schronu, to znaczy do piwnicy i siedzieli tam po ciemku, póki alarmu nie odwołano; a dzisiaj żandarmi kazali stróżowi chwycić młotek i stukaniem wypędzić wszystkich z mieszkań. Chaskiel stukał w szynę, a oni zdążyli w tym czasie załadować dwie budy. Rodzinę stróża zostawili w spokoju, na drugie podwórko w ogóle nie weszli, ruin nie przeszukali. Brali okup, od kogo się dało, a kto nie miał pieniędzy, wychodził z tobołkiem przed bramę. Na miejscu wykończona została cała rodzina kupca Mordarskiego, żona, szwagier i syn. Surę-przekupkę postrzelili w jej własnym mieszkaniu, bo schowała się do pustej skrzyni, i jak otworzyli tę skrzynię, sterczał stamtąd goły łokieć i usmolona węglem łydka. Wystraszona kucnęła na dnie chowając głowę w spódnicy. Niemiec strzelił do środka i zatrzasnął wieko, a jej buchnął w nos miał. Ale żyła. Żyła i w jakiś czas później, kiedy odnalazła ją w tej skrzyni Buba, słabą jak dziecko, o uczernionej węglem twarzy. Bez opatrunku, z zakrwawioną kiecką ukryła się na strychu i tam stękała jeszcze dwa dni, wołając o wodę. Okazało się, że ma tylko postrzelone udo. Nocami nosili jej ukradkiem jeść, obrzęk tymczasem wędrował wyżej, a kiedy spuchło biodro i brzuch, Sura pokusztykała na dół; chciała się dostać do transportu, ale nie zaszła daleko i żandarm dobił ją za rogiem. Elijahu poznał zwłoki po granatowej, spuchniętej nodze.