— Szema...

Ochrypłe, rwące się głosy bezradnie obijały się o mur. Trwożnie rozciągnięte słowa modlitwy ginęły wśród posapywań.

Krwaworączka rozjaśniony stał na brzegu chodnika i słuchał. Nagle z szeregu przecisnął się ktoś i zaczął iść ku niemu w jednym kamaszu, ostrożnie stąpając po kamieniach stopą w białej przybrudzonej skarpetce.

Przed żandarmem stanął Żyd z okrągłą mycką na czubku łysiny. Spłowiały tałes jak łachman wisiał na jego plecach.

— Panie żandarm, ja jestem całkiem niewinny.

Wyciągnął przed siebie ramiona, pochylił głowę.

— Łatam kamizelki, moja żona obrębia dziurki, a dzieci przyszywają guziki i to jest cała moja rodzina. Cały mój interes.

Krwaworączka podsunął mu pięść pod nos, a Żyd stał cicho i mrużył oczy.

Weg, Alte323!

Wracał do szeregu zgięty, cofając się tyłem.