Ojciec wyjął z kieszeni bluzy paczkę machorkowych. Żółty przyjął papierosa, ale nie odchodził.
— Mój kolega też pali — powiedział. Dostał drugiego papierosa i dopiero wtedy się ulotnił.
Mijając porzucone w nieładzie trupy i węzełki szli po schodach na górę.
Zewsząd lała się jasność. Lekkie, małe chmurki przesuwały się za plecami wuja Jehudy. Coś tam pitrasił i potrząsnął głową, kiedy weszli.
— Jesteście... W samą porę. Kasza mi się przypaliła, wodę czuć rdzą i do tego soli w tym całym bałaganie znaleźć nie mogę!
Słaby, przedwieczorny podmuch wiatru wichrzył mu włosy, jakby unieść go miał, porwać w przestrzeń.
Mieszkanie przedstawiało żałosny widok i Dawid oślepiony zmrużył oczy. Szyb, okien nie było, drzwi leżały sobie w sieni i deszczyk, który mżył w ciągu popołudnia, obmył niebo aż do białości. Otwarta na oścież, spustoszona nora pełna była zepchniętych na środek sprzętów, rozwleczonych gałganów, zasłana drzazgami szkła, które skrzyło się w słońcu. Żandarmi i policja musieli gospodarować tu dłużej, bo w paru miejscach deski oderwane były od podłogi, a obok leżał porzucony, złamany bagnet. Na chybił-trafił wykuto łomem jamy w ścianie, przebito naprędce kanały do komina, skąd runął stos sadzy. Czego tutaj mogli szukać? Dawid poczuł chłód na karku i wstrząsnął nim krótki dreszcz. Oślepiający blask leżał na ruinie. Wybuch granatu obnażył żelazne belki stropu, z którego prószył tynk i zasypywał wszystko dokoła. Wisiały wyprute z muru kable, rury, kołysały się zwoje przewodów w powietrzu. Lipcowy dzień zmierzchał i zachodzące słońce osuwało się gdzieś tam, nad dachami Woli.
Ojciec błądził wśród zaśmieconych kątów, jak ślepiec. Schylał się, podnosił odzienie matki, zmięte, rozrzucone w nieładzie. Strzepnął jakiś gałgan i kurz się uniósł.
— O, nawet chustki nie zdążyła na siebie narzucić.
Miął w dłoniach wełnianą czarną chustę.