Mijały noce i dni, a wszystkie podobne do siebie, jak jedna długa noc.

Zyga znalazł pierwszy gryps.

Stara Zełda, szurając bamboszami, wyszła z jakiegoś ciemnego zakamarka piwnic popatrzeć i ucałować strzęp urwany z gazety, zapisany ludzkim pismem. Rozpłakała się na ten widok. Bóg przecież jest na niebie. Długo chlipała. Eli, Eli szebaszamaim! Mordarski kazał jej być cicho.

Z tego grypsu dowiedzieli się, że Jakow żyje. Niech się trzymają jeszcze parę dni, tydzień. Kiepełe do nich trafi. Nie są sami. Jehuda wie, co ma robić? Podpisu żadnego.

Myśleli, że Gedali. Ale to nie było jego pismo. Mógł wysłać wiadomość, a zapisał ją ktoś inny po drodze i podrzucił, kiedy szedł tędy. Nie wiedzieli, co to znaczy. W każdym razie Jakow żyje. Ojciec żyje? Uśmiechał się niewyraźnie, kiedy Naum pokazał mu gryps. Unikał wzroku Nauma. Jeszcze w kryjówce pod dachem, kiedy patrzył godzinami na maszerujący tłum, powiedział, że ojciec już nie wróci stamtąd i wuj Jehuda to słyszał. Wystarczy głośno wymówić słowa obawy i już jest tak, jakby stało się najgorsze. Wiedział, że ból, który czuł, nie jest tęsknotą. Coś zaciskało się w nim i kamieniało. Ojciec żyje? Trudno mu było uwierzyć i wstyd, że nie miał sił uwierzyć. Pogrzebał w sercu żywego człowieka. Ale zanim to się stało, musiał pogrzebać w swym sercu cały ten świat.

Winszowali mu. Dawid, ten ma szczęście!

Kalman Drabik zawinięty w cudzy tałes modlił się dłużej niż zwykle, kołysząc się, szepcząc, po wielekroć przyciskając do ust tefilin.

Mordarski okryty futrem, na mokrych kamieniach, chrypiał:

— Każdy ciągnie w swoją stronę i ratuje skórę, nie oglądając się na innych. Żydzi prowadzą wojnę... Koń by się uśmiał! Z góry wiem, jak to się skończy.

Była noc. Zełda zapalała ogarki świec, porozkładane w załomach piwnicznych murów.