Zmęczona siadła na cegłach. Pochyliła głowę, słuchała, skrobała paznokciami drzwi.

— Tu jestem, czekam. Mam jeszcze. Ale gdzie ja podziałam? Rzuciłam. Gdzie?

Chichot rozlegał się donośnie w ruinach.

— Jeden moknie na deszczu pod Żelazną Bramą! Tam go szukaj. Drugi ukryty w śmietniku na Pańskiej. Pod numerem siódmym. Trzeci leży na Dzikiej, daleko stąd, pod stosem kości. Tam znajdziesz puszkę blaszaną. Po ogórkach. W niej list. Idź na Dziką i przynieś ten list!

Wstała, biegła ku nim.

— To ty, widzę. Nie uciekaj przede mną, Natanielu!

Leżeli bez ruchu.

— O, myślałam, że już nie doniosę.

A ona krążyła blisko, grzęznąc w zapadliskach gruzu. Ale na szczęście nie dostrzegła ich. Widzieli, jak spod gałganów wyciąga dłoń. Szła dalej.

— Chodź, chodź, mam dla ciebie kawałek chleba.