— Fremde, coś mam powiedzieć.

Jakow Fremde wychylił się ku niemu, zwijając długie rzemienie tefilin wokół ugiętego łokcia i odchylonego sztywno kciuka. A w ślad za zwinnym ruchem ręki, ruchem półkolistym i płynnym — na wysokości pierwszego piętra, gdzie stał podany do przodu, trawiąc ostatnie słowa modlitwy — biegł czas i kurczył się skórzany zwój.

— Co tam? Kto tam?

Chaskiel niedbale zatoczył ręką:

— Ale nas ogrodzili, co? Jak kozy na łące!

— Nie ma na nich mocnego.

Na czubku żółtej łysiny ojca spoczywała czarna mycka.

Chaskiel zniżył głos i uprzedził:

— Jakby co, to schować się za firankę, bo tragarze szykują skok i za małą chwileczkę będą tutaj.

Tupnął na dwa zasmarkane szkieleciki, swoje najmniejsze pociechy, biegające po ulicy z gilami do pasa.