A dziadek mówił tak:

— I od tej pory Pan Bóg z Jakubem zawarli przymierze i stosunki między nimi ułożyły się znośnie.

Gdyby tak można powiedzieć jak dziadek, toby dopiero była uciecha w klasie, ale trzeba zupełnie inaczej, tylko Dawid nie pamięta jak. Musi przed lekcją zajrzeć do książki. Pięcioksiąg, wstęp dla dzieci. Tam są rysunki, a pod tymi rysunkami napisy.

Wodził nosem po zatłuszczonych kartkach, wilgotnych i żółtych, które czuć było pleśnią. Kain morduje Abla. Aha... Noe pływa po wodach potopu czterdzieści dni i czterdzieści nocy. Abraham ofiarowuje syna swojego Izaaka. Aha... Namioty i stada Jakuba. O... Żydzi uciekają z Egiptu z domu niewoli. Przejście przez Morze Czerwone. O... Żydzi na pustyni karmią się manną. Cud, cud. Żydzi tańczą wokół złotego cielca. Jozue oblega Jerycho! Trąby kruszą mury.

Te rysunki barwił kredką, niebo na niebiesko, palmy na zielono, pustynię na żółto, owce na biało, twarze praojców na brąz. Praojciec wspierał ramiona na długim, ciężkim kiju przewyższającym głowę. To był pastorał. Stał przed strzelistym namiotem, nad którym powiewały palmy. Palmy rzucały cień do studni, gdzie pojono stada. Przeszłość miała dla niego barwę brunatnych stepów, niezmąconego błękitu nieba nad ołtarzem, zimnych źródeł Jordanu, wełnistych stad na wzgórzach Galaad, bieli zwiewnych szat na barkach praojców z Ur, zieleni wiotkich drzew w ziemi Chanaan. Krew przelana przez Kaina cienką nitką purpury przecinała tę przeszłość, sączyła się w piasek pustyni. Tętniła w otwartych gardzielach owiec i ciekła na kamień ofiarny. Wetkana w szaty ludzi z pokolenia na pokolenie, wetkana w lekkie namioty. Kropla tej krwi sączyła się do źródła.

Zatrzymał nomadów na ich dalekiej drodze, swobodnych synów pustyni. Praojcowie mieli obnażone torsy, z których biło męstwo. Szerokim gestem rozkładali ramiona na powitanie aniołów i przybyszów z obcej ziemi, a gest ten oznaczał dla niego otwartą przyjaźń i szlachetność. Mieli wyniosłe czoła i uniesione sztywno karki, a to dla niego oznaczało godność i dumę. Przykładali ramiona do skroni i wypatrywali swoich wrogów; ich oczy patrzyły daleko spod ściągniętych surowo brwi. Byli silni, sprawiedliwi i wolni.

Barwił krwią ich ogorzałe twarze, tchnął w nich życie i wstali znów. Wysuwając gorliwie koniuszek języka spomiędzy zębów, rysował i wypełniał barwami ten świat, którego nie było, ten świat wędrownych pasterzy, który stanął przed jego oczami. Jak samotni i hardzi pędzili stada wzdłuż dalekich dróg. Jak unosili ręce w zaciętej modlitwie. Jak szli na poszukiwanie kobiet, które miały dać im synów. Jak płodzili na płowych skórach lwów i łań z gór Beter pokolenia, których wart był ich Pan.

W starej mowie, ich językiem modlił się ojciec, ciotka Chawa prowadziła z dziadkiem ciemne rozmowy. Dawid myślał z lękiem, jak ona zasłania okna, zapala srebrne lichtarze i czyta Pismo, powoli wodząc krzywym, żółtym palcem po wersetach księgi, która nie miała początku ani kresu. I jak obydwoje z dziadkiem rozprawiają w świetle świec o Hamanie, okrutnym i pysznym namiestniku króla Aswerusa. W czerni swojego stroju, w udręczonej czerni swoich oczu, krusząc listek szeleszczącego sucho w dłoni placka, wykrzykiwała słowa, od których przygasały płomyki świec. A gdy te słowa wyszły z ust królewskich, zaraz twarz Hamanową nakryto. Miała bezbarwne, rzadkie i mokre włosy, które okrywała peruką, i wyraźną smugę zarostu nad górną wargą. Wąs? Jej mowa była pełna chrapliwych i dzikich brzmień, które przejmowały go niejasną trwogą. Stary język w ustach ojca brzmiał tak śpiewnie! A kiedy rozciągał szeroko słowa, w jego głosie było coś dobrodusznego i władczego zarazem. Dziadek unosił się i wpadał w dyszkant, wówczas Dawid mógł usłyszeć głosy wszystkich zwierząt, kozła, koguta, konia, barana i lwa. Pośpiech i irytacja wyzwalały niecierpliwy krzyk koguta. Śmiech zabarwiał jego słowa melodią baraniego beku. Ale ani ojciec z łysiną okrytą kropelkami potu, ani ciotka Chawa ze smugą zarostu, śladami żółtka i drobnymi okruchami placka nad górną wargą, ani dziadek ze swoją piękną brodą, której kosmyki wyczesane w dwa skrzydła miały połysk i miękkość kaczęcych piór — nie łączyli się w jego umyśle z obrazem owych praojców, których twarze barwił na brąz, owładnięty kuszącą siłą i prawdą legendy. Tamci byli inni, byli dawno i daleko. Wspaniałomyślnie użyczyli swojej starej mowy dziadkowi, ojcu i Chawie, więc czoła ich rozjaśniło światło odległych słońc.

Dawid powtarzał za dziadkiem słowa Bereszit. Żył Jared sto sześćdziesiąt i dwa lat, i spłodził Enocha. I żył Jared po spłodzeniu Enocha osiemset lat, i spłodził syny i córki. I było wszystkich dni Jaredowych dziewięćset sześćdziesiąt i dwa lat, i umarł. Powtarzał wersety w osłupieniu i wiek praojców rozciągał się, oddalał w nieskończoną przeszłość, gdzie pierzchły ich niespokojne losy, zwiewne namioty, szybkonogie stada w chmurze pyłu. Trwały wciąż dźwięki starej mowy. Trwały nadal niebaczne i swobodne krzyki ptaków, ich pierwotna nuta. Trwał słodki trzepot pieśni nad pieśniami.

To była muzyka mowy iwrit6, pełna głębokich i wilgotnych przydechów. Wersety wlokły się niespiesznie i miarowo w rytmie kopyt stada wzdłuż pustynnych dróg, w skrzypieniu uprzęży, szeleście poruszonego piasku, dudnieniu napiętych skór z wodą, poprzez rozległą przestrzeń otaczającą skryte źródła rzek, z dala od murów kamiennych miast, gdzie lśniła złotem wieża świątyni, strzegąca wizerunku pogańskiego bałwana. Ziemią ich, ojczyzną ich była droga — wielki szlak, po którym kroczyli przez tysiąclecia. Przestrzeń otwarta zawsze łaskawie dla nomady, gdzie zatrzymywali stada i bez lęku rozbijali namioty. O nich mógł myśleć, myśleć i myśleć. Lecz głos wyrywał go z Ziemi Obiecanej.