Wuj Gedali mówi:

— Na Wielkanoc wstał od sederu w połowie i nie mógł dokończyć „Le szana habaa be Jeruszalaim”.

— Przyszłego roku w Jerozolimie, a teraz zamknij drzwi do tej nory! Ledwo można w zimnicy usiedzieć.

Wujek Gedali i ojciec z ociąganiem wracają.

— Schnie, marnieje. Z trudem wlecze nogami i czyta już tylko proroków.

— Prorocy! Dopóki czyta proroków, nic mu nie będzie!

— Jesteś taki pewny, Jakow — mówi matka, nieruchomo patrząc przed siebie. — Że nic mu nie będzie.

Siedzi bokiem, sztywno wyprostowana, z czarną wełnianą chustką na szyi, i płomień barwi jasną plamą jej skroń. Wuj Gedali trzyma bezradnie list, którego się jeszcze nie pozbył. Ojciec schylony utyka gałgany w szparze między progiem i drzwiami.

— Dla małego — i wuj Gedali kładzie na stole nieduże zawiniątko, mały tałesik w sukiennym woreczku. — Kazał mi powtórzyć — mówi o dziadku ze smutnym uśmiechem. — Kazał mi powtórzyć, że małego trzeba wysłać na tamtą stronę, za mury. Nie trzymać przy sobie do sądnego dnia.

Ojciec zaciska dłoń na zawiniątku.