Za plecami Mordchaja rozległo się łagodne parskanie kobyły.

— Jankiel, ty nie umiesz chodzić przez granicę. Ja na twoim miejscu przeszedłbym trzy razy tam i z powrotem z zapaloną świecą w ręku.

Jankiel otworzył drzwi warsztatu i nawlókł zwinnie igłę, patrząc zmrużonymi oczami na złoto-szare niebo.

— Dajmy na to.

Mordchaj, składając siwą głowę na ręce, mówił z zadumą:

— Cherubin mieczem płomienistym przegnał żydowskiego krawca sprzed bram raju, bo krawiec nie wiedział, dokąd idzie, i nie wiedział, dokąd wraca.

Kiedy ściemniło się, Mordchaj wyrzucać zaczął cegły z szopy i gruz wynosić dużym kubłem. Ukradkiem rył przełaz prosto do piwnic zburzonej oficyny, które zachowały się pod usypiskiem; Chaskiel-stróż przebijał dalej przejścia w ścianach piwnic sąsiedniej kamienicy i magazynów mydlarni. Mówiono, że dogrzebali się do lochów łączących ulicę Krochmalną ze składami w podziemiach Hal.

Krawiec znikł w głębi suteryny, skąd rozległ się jego głos:

— Dajmy na to. Regina, dolej wody!

Potrząsnął gasnącą karbidówką.