Pierwszy kapłan sapnął i odzyskał głos.

— Oto ja — zaczął i urwał.

Nad puszką ryżego pochylił się przechodzień, potem drugi i spełnił swą powinność, oddalając się z lekkim sercem. Pierwszy kapłan potrząsnął wściekle chudymi, brudnymi ramionami.

— Oto ja, kapłan Twój, wznoszę rękę i choćbyś ją miał utrącić w gniewie słusznym, teraz i zawsze, kiedy Żyd przeciwko Tobie pięść wyciąga i bluźni... Oto ja, wobec tych, którzy odeszli, wobec tych, którzy nadejdą...

Ciężkie, niewypowiedziane bluźnierstwo wisiało w powietrzu.

— Mały, a gdzie ty zaflancujesz te swoje ogórki?

— W gruzach.

Ostrzyżony po tyfusie Lejbuś pchał przed sobą nieduży czterokołowy wózek pełen żółtozielonej mizernej rozsady i nie zważając na przeszkody przepychał się środkiem ulicy. Elijahu wołał z ogonka rozradowanym głosem:

— Ogórki najlepiej na śmietniku!

— Ty się śmiejesz. Wiem.