Zbójcy byli zachwyceni pomysłem kapitana i podziwiali jego mądrość. Nazajutrz z rana jeden z nich, przebrany za chłopa, poszedł na targ i przyprowadził dziewiętnaście mułów, objuczonych skórzanymi miechami. Gdy wieczór nadszedł, zbójcy ukryli się w miechach. Kapitan trzydziesty ósmy miech napełnił oliwą, przebrał się za kupca i pognał muły do miasta.
Przechodząc koło pałacu Ali-Baby, zatrzymał się i do drzwi zapukał.
Ali-Baba drzwi otworzył i, zobaczywszy nieznajomego kupca, zapytał:
— Czego życzysz sobie, dobry człowieku?
Kapitan pokłonił się i odpowiedział:
— Idę z dalekiej krainy, nie odmów mi gościny! Jestem znużony drogą, ledwo poruszam nogą. Jutro z rana co żywo na targ pójdę z oliwą, a dziś noc już zapada, wicher szumi i gada, strachy chodzą po borze, a zmory po jeziorze. Wszakże jesteś bogaty, wpuść mnie do swej komnaty! Nie zawadzę nikomu, nocując w twoim domu.
— Wejdź do mego domu i przenocuj — rzekł Ali-Baba. — Chętnie udzielę ci gościny, muły zaś twoje każę wprowadzić na podwórze, tak że przez okno pokoju będziesz mógł pilnować swoich skarbów. Ile mułów masz z sobą?
— Dziewiętnaście — odrzekł zbójca.
— A ile miechów z oliwą? — spytał Ali-Baba.
— Trzydzieści osiem — odpowiedział zbójca.