Bo w niechętnej zadumie przystanął w pół drogi...

I znów w oczach mu błysnął nieczytelny świt,

Gdy do lotu pierś tężył i prostował nogi.

Rosa jeszcze mu ziębła na wargach, a on

Już piętrami swych skrzydeł ku niebu się wzbielił

I ogrom ciała oddał bezmiarom na strwon,

A jam się do niebiosów wówczas onieśmielił...

Odtąd, gdy wchodzę z tobą w umówiony park,

Gdzie światła księżycowe do stóp nam się łaszą, —

W twych wargach szukam jego przemilczanych warg