Strojny w bogate, wspaniałe szaty jedwabne, tkwił nieruchomo na krętych schodach, płacząc rzewnymi łzami wśród nieprzebitego mroku. Płacząc, przypomniał sobie, jak przechodnie na ulicach szeptali z podziwem:
— Co za szata! Co za jedwab! Co za szelest!
Wolałby teraz zamiast jedwabiów nosić dawne łachmany, byleby tylko wydostać się z tych ciemności na powierzchnię ziemi.
Wyciągnął ostrożnie rękę do góry i dotknął nad sobą drzwi żelaznych. Próbował je otworzyć, ale nie mógł. Zawołał więc po dawnemu:
— To ja, Aladyn.
I znowu powtórzył głosem drżącym i rozpłakanym:
— To ja, Aladyn.
Drzwi się jednak nie rozwarły, bo zaklęcie Roeoendra zamknęło je zbyt mocno, a ziemia nad nimi zrośnięta przywaliła je swoim ciężarem.
Zrozpaczony Aladyn złożył dłonie do modlitwy i szepnął:
— Rodzony stryj mnie opuścił, więc ty, Boże, przyjdź mi z pomocą.