*
Nazajutrz, w poniedziałek, w dzień Dywanu, Maruda zarzuciła na plecy worek, mocno klejnotami upchany, i podybała33 wprost do pałacu. Idąc po ulicy, wciąż wzruszała ramionami. Przechodnie, patrząc na nią, mówili:
— I inni ludzie mają ramiona, a nie wzruszają nimi tak, jak ta kobieta z workiem na plecach.
Im dalej szła Maruda, tym szybciej wzruszała ramionami. Dopiero wówczas, gdy się zbliżyła do pałacu i ujrzała złotą bramę, przestała ramionami wzruszać.
Lęk zdjął ją na myśl, że za chwilę stanie przed obliczem samego sułtana i bojaźliwymi ustami powtórzy słowa Aladyna.
Tłum ludzi tłoczył się już koło bramy. Rycerze wskazywali drogę i tłum wchodził przez bramę na marmurowe schody prowadzące do sali, gdzie się Dywan odbywał.
Maruda poszła w ślad za tłumem, wstąpiła na marmurowe schody i przedostała się do olbrzymiej sali.
Sułtan siedział na tronie, a pod ścianami stali szeregiem rozmaici ludzie, którzy tu przyszli, aby sułtanowi prośby swoje i sprawy przedstawić. Każdy po kolei podchodził do tronu, padał na twarz przed sułanem, potem wstawał, wygłaszał swoją prośbę i otrzymawszy od sułtana odpowiedź, usuwał się znów pod ścianę.
— Com34 ja, nieszczęśliwa, uczyniła? — myślała tymczasem Maruda. — Jakże mogłam odważyć się na kłopotanie sułtana tak zuchwałą pośbą! Sułtan ma tyle spraw poważnych! Toć35 zemdleję pierwej, nim zdołam wyksztusić prośbę mego syna-nicponia!
I Maruda znów zaczęła wzruszać ramionami.