— Kopmy dół dla tego śmiałka, bo już czas! — mówił Głos.
— Kopmy, kopmy! — odpowiedział Odgłos.
Perwic posłyszał za sobą głuche uderzenia motyki.
— Nie przestraszy mnie wasza motyka, duchy niewidzialne! — zawołał gniewnie. — Wiem, że dopóty nic mi złego zrobić nie możecie, dopóki nie obejrzę się za siebie. Otóż przysięgam wam, moce niewidzialne, że nie obejrzę się, choćbyście największą skałę z gór wierzchoła stoczyły na mnie tak, że czułbym za plecami zbliżający się co chwila jej ciężar i ogrom, który śmiercią grozi każdemu, kogokolwiek spotka na drodze.
Zaśmiał się Głos, odeśmiał się Odgłos.
— Widzisz skałę na wierzchole? — mówił Głos.
— Widzę — odpowiedział Odgłos.
— Zwal ją tak z wierzchoła, aby się potoczyła po drodze i ugodziła w plecy tego śmiałka! — zawołał Głos.
— Już jestem na wierzchole! — odpowiedział Odgłos. — Jużem skałę z posad ruszył12! Jużem stoczył13 ją na drogę!
W tej chwili Perwic posłyszał, jak olbrzymia skała z gruchotem i łoskotem tysiąca piorunów zerwała się z wierzchoła góry i potoczyła po drodze. Ziemia pod nią zadudniła, zachwiały się wokół posągi — kamienne dziwolągi, a skała, grzmiąc, toczyła się z niepowstrzymaną siłą, z niepowściągnionym rozpędem. Toczyła się, zmiatając i miażdżąc po drodze wszystko, cokolwiek spotkała. — Tak się przynajmniej zdawało Perwicowi.