Już tysiące posągów pokropiła Parysada sokiem żywicznym. Obudziły się wszystkie ze snu kamiennego. Zaroił się tłum rycerzy na drodze obszernej, na drodze przestronnej... Zaroili się, zamyślili się o tym, co się z nimi działo. Wspominali dni minione, wspominali sny prześnione i kamienne odrętwienie, i cudowne przebudzenie.

Parysada podeszła do dwóch posągów, które stały jeden obok drugiego, spojrzała na nie i rzekła:

— Posąg przy posągu, głaz przy głazie stoi... Serce mówi do mnie, że to bracia moi!

Pokropiła Parysada sokiem żywicznym obydwa posągi — i obydwa drgnęły życiem od stóp do głów. Jeden się zamienił w Bachmana, a drugi w Perwica.

— Siostro nasza! — zawołali Bachman i Perwic, ujrzawszy Parysadę. — Śniło się nam właśnie, że jesteśmy w domu razem z tobą, a tymczasem znajdujemy się na jakiejś górze nieznanej. Nie możemy przypomnieć19, co się z nami działo. Nie możemy zrozumieć, co się z nami stało.

— Opowiem wam potem, co się z wami działo — odrzekła Parysada. — Spaliście snem kamiennym, a ja was zbudziłam.

— Cóż to za dziwnego ptaka masz w klatce? — spytał Bachman, spostrzegając klatkę złocistą w ręku Parysady.

— Jest to ptak Bulbulezar — odparła Parysada.

Posłyszawszy to imię, Bachman i Perwic przypomnieli sobie wszystko od początku do końca — od chwili, gdy z pałacu wyruszyli w podróż zaklętą, aż do chwili, gdy pod wpływem strachów niewidzialnych obejrzeli się za siebie.

— Parysado! — zawołał Perwic. — Domyślam się, że zwyciężyłaś duchy niewidzialne i zawładnęłaś trzema dziwami.