Pogłaskał je pieszczotliwie, rękawem nieco potarł dla wzmożenia połysku i gwoli wzucia ustawił tak, aby lewą nogą w but prawy, a prawą w lewy utrafić.
Wówczas ze czcią i radością swe nogi bose wprowadził do ich wnętrza, jak na nowosiedliny11 — do przestronnego a wygodnego pomieszkania. Dobrze było tym nogom w butach! Tak dobrze, że się po nich jakaś słodycz nieznana rozlała. Uczuły się lekko i skocznie, jakby im do tańca grano.
Nigdy jeszcze Tajemnik nogami swymi tak jako teraz nie poruszał. Szły nie tylko chętnie, ale i tanecznie.
Toteż wbiegł po wschodach marmurowych z taką ochotą, jakby pląsem porwany. Wszedł do wnętrza zamku — z komnaty do komnaty wędrował ciekawie, a pląs, w nogach zatajony, nie ustawał i nie zamierał.
W komnatach światłość i bezludzie.
Popod ścianami — wory dukatami i talarami upchane, a u każdych drzwi, na oścież rozwartych — koń stoi coraz to innej maści.
Ale koń to nieżywy, zastygły w posąg kamienny takiej barwy, jaką była maść jego na ziemi.
Jeden — bułany, drugi — wrony, trzeci — kasztanowaty, czwarty — cisowy, piąty — jabłkowity, szósty — gniady, siódmy — siwy. Kto by tam zliczył owe konie!
Stoją u drzwi, jedną nogę wzniósłszy ku górze, jakby z miejsca ruszyć miały.
Czapraki12 na nich — malinowe, siodła — złociste z terlicami13. Stoją w pogotowiu.