— Śmieszliwe są, śmieszliwe! — zauważył pośpiesznie kulawiec i palcem ostrzegawczo pogroził w powietrzu.
— Raz go baba, za zbyt dokładne podpatry112 zwarkoczoną113 do prania bielizną tak na kładce obiła, że o własnym przodku zapomniawszy, tyłem od niej w poskokach koźlich zmykał i dopiero za wsią do utrafionej plecyma drogi należycie pyskiem zgłupiałym się odwrócił — objaśnił jednoręki, potrząsając w stronę kulawca pięścią tak napominawczo, jakby to zapewne na jego widok rzeczona baba uczyniła.
Kulawiec nieznacznie poprawił się na swym miejscu.
— Śmieszliwe są, śmieszliwe! — powtórzył bez potrzeby i spojrzał na Podlasiaka z przesadną stanowczością.
Podlasiak nie zwracał na niego uwagi.
Uśmiechnął się zagadkowo i poszczypując obiecująco brodę, poruszył próbnie wargami, jakby je chciał zaprawić do wygłoszenia nie byle jakiej nowiny.
— Znam jedną taką dziewkę, której nic nie odstraszy i która się na żaden widok nie wzdrygnie! — rzekł wreszcie powoli i z dumą, osnutą na wyłącznym posiadaniu cennej wiadomości.
Jednoręki głową uparcie pokręcił, zaprzeczając z góry wszelkim domniemaniom łatwowiernego Podlasiaka.
— Cóż to za dziewka? — spytał łapczywie kulawiec i z drapieżną ciekawością zaczaił się oczyma na odpowiedź.
Podlasiak ze wzrastającą dumą spojrzał na obydwu przyjaciół.