Dziwożona pokazała język czerwony jak mak i wklęsły jak czółno.

— Wybieraj, póki czas! — zawołał kulawiec.

— Nie mogę! — odparła dość krzykliwie dziwożona.

— Zmuś się! — pisnął kulawiec i pięścią powahał w powietrzu.

Dziwożona z rozpaczą załamała dłonie.

— Przecież mi się wargi pokurczą od niechęci! — tłumaczyła się żałośnie. — Albo zacznę płakać tak, że nikt mnie uspokoić nie zdoła!

W głosie jej drgnęły dźwięki przyobiecanego płaczu.

— A my i rozpłakaną połasuchować się potrafimy... — odpowiedział kulawiec, mrużąc oczy.

Dziwożona stropiła się na chwilę.

— Nikogo nie pocałuję! — krzyknęła z nagłą stanowczością i ukrywszy głowę w dłoniach, zwinęła się w kłębek na trawie jak szczenię, które przed pieszczotliwą napaścią swych dręczycieli broni się za pomocą upartego odwracania od nich oczu.