Wójtowa przez chwilę na ów palec bezwiednie patrzyła.
— Jeszcze nam po niej wiedza przeklęta została — szepnęła wreszcie, uporczywie do oczu mężowskich zaglądając.
— Kpię sobie z wiedzy wszelakiej! — zawołał wójt i poweselał nagle. — Teraz ja — pan i wolno mi kpić i o drogę nikogo nie pytać! Co zechcę — to zrobię, a czego nie zrobię — tego i chcieć nie będę!
A zachciało się właśnie ni stąd, ni zowąd wójtowi sprawdzić naocznie, co za cudła143 nadprzyrodzone żona jego na śmiech odzyskanemu mężowi zmajdrować teraz potrafi.
Dopóty go ta zachcianka korciła, dopóki z izby nie wybiegł i z łopatą w ręku nie powrócił. Dwie miał łopaty — starą i nową. Nową wybrał, białą jeszcze i świeżym drzewem, niby bielizna wyprana, pachnącą.
Wójtowa na widok łopaty poruszyła się niespokojnie na zydlu i zarumieniła po uszy.
— Spróbuj! — zawołał wójt i łopatę podał pochyło, jak do jazdy.
— Czego mam spróbować? — spytała wójtowa, udając, że nie rozumie skierowanych ku niej zamiarów i, powstawszy z zydla, usunęła się od wręczanej natrętnie łopaty.
— Niby to nie wiesz, czego masz spróbować? — odrzekł wójt, zapalczywie mrużąc lewe oko. — Zawsze domyślna, a teraz o północy w owczą skórę chce się przede mną wystroić! Ot — przekonać się pragnę, czy nie zapowietrzysz na łopacie, czy nie zapowietrzysz?
Widać wójt dotąd jeszcze w duszy resztkę wygasłego szału dopiastowywał.